Świetny artykuł po lekturze naszej książki

„Księżyc zza nikabu”, czyż może być bardziej niepokojący a zarazem ciekawszy tytuł w czasach, gdy…..”

„Im bardziej ktoś się dziwi, jak można w dzisiejszych czasach przejść na islam, tym bardziej zalecam mu przeczytanie tej książki. Po jej przeczytaniu w miejsce zdziwienia postawi sobie zrozumienie i będzie to zrozumienie nie tylko decyzji Moniki, ale także postęp w rozumieniu świata, w którym żyjemy, a który jest złożony i tajemniczy. Czytając powinien tylko pamiętać o tym, że nie jest ani niczyją, ani niczyją zasługą, że urodził się w tym, a nie innym miejscu i czasie, społeczeństwie i religii, jako syn czy córka wielkiej rodziny ludzkiej. Wszyscy urodziliśmy się pod tym samym słońcem i księżycem, a księżyc, jak wiadomo, ma dwie strony, widoczną i niewidoczną, „jasną i ciemną”.

Także księżyc jako symbol religii muzułmanów. Zachęcamy do przeczytania całego artykułu pt. „Księżyc zza nikabu” czyli o różnych obyczajach pod tym samym słońcem, napisanego przez Elżbietę Binswanger-Stefańską na portalu Sofijon

http://www.sofijon.pl/module/article/one/1217

Do napisania tego artykułu zainspirowała autorkę lektura naszej książki, ale treść artykułu wybiega daleko poza analizę faktów przytoczonych przez nas w „Księżycu….”. Pani Elżbieta podeszła do tematu z szerokim, naukowym wręcz, charakterystycznym dla niej rozmachem i postawiła pytania, które aktualnie stawiają sobie wszyscy ludzie na wszystkich kontynentach:

Czy mamy do czynienia ze „zderzeniem cywilizacji”?
Czy Europie grozi islamizacja?
W jakim kierunku zmienia się świat?
Na czym polega wzajemne przenikanie się kultur, opisywane przez nas w „Księżycu zza nikabu”?

Mądra, rzetelna i bardzo profesjonalna analiza tematu. Artykuł, który koniecznie powinni przeczytać nie tylko fani naszej książki, ale i ci hejterzy, którzy nas cały czas obserwują i próbują zaczepiać. A może właśnie oni przede wszystkim.

Film o Egipcie

Nie powiedziałyśmy jeszcze ostatniego słowa na temat Egiptu, bo już zaczynamy za Egiptem tęsknić…. Za tą jaśniejszą stroną księżyca egipskiego. Za tym, co w Egipcie najpiękniejsze. Pracuję właśnie nad scenariuszem do dokumentalnego filmu o Pustyni Zachodniej, głównie o oazie Siwa, którą opisywałam w naszej wydanej już książce. Dokładnie planuję, co trzeba będzie nakręcić, aby film był ciekawy, z którymi rdzennymi mieszkańcami Siwy trzeba będzie porozmawiać i do kogo się wprosić do domu. Sama zamierzam być w tym filmie prezenterem, więc muszę przygotować w szczegółach, co będę mówić, a stroną techniczną filmowania będzie zajmował się profesjonalny doświadczony filmowiec, wyposażony w zawodowy sprzęt. Zamierzamy tak ustawić realizację projektu czasowo, aby być w oazie Siwa podczas pełni księżyca w październiku, gdyż wówczas świętuje się tam daktylowe dożynki.

Ewa Zarychta

Nowa recenzja książki „Księżyc zza nikabu”

Oto fragmenty:
„Jeśli jednak intryguje Cię prawdziwy Egipt, jego mieszkańcy czy religia, którą wyznają, to musisz przeczytać powieść „Księżyc zza nikabu”, a gwarantuję Ci, że się nie zawiedziesz (…..)
Książka zawiera niezwykły zbiór praktycznych informacji o codziennym życiu, religii islamu, jedzeniu, a nawet o związkach z obcokrajowcami (…..)
Do tej pory czytałam już kilka pozycji opisujących życie w krajach arabskich, jednak ta powieść zwaliła mnie z nóg. Rozwiała moje wszystkie pytania, które zadawałam sobie od lat. Książka przedstawia ogrom informacji i to bardzo szczegółowo …… „

A to link do całej recenzji:

http://kate-with-books.blogspot.com/2016/07/ksiezyc-zza-nikabu-ewa-zarychta-monika.html

Piotr Ibrahim Kalwas – „Egipt: haram halal”

Muszę się odnieść do najnowszej książki tego autora, jako, że po jej dokładnym przeczytaniu i głębokich przemyśleniach doszłam do wniosków, którymi chcę się podzielić z czytelnikami. Powinnam.

W swojej książce, świetnie napisanej jeśli chodzi o warsztat literacki, Piotr Ibrahim Kalwas zajął się głównie kwestią religii oraz tym, jaki wpływ ma religia na egipskie społeczeństwo – życie społeczne szeroko pojmowane, rodzinne i to bardzo prywatne.
Przedstawia czytelnikowi różne odłamy islamu i ich wyznawców, czasami tylko zwolenników: szyitów, sunnitów, konserwatywne odłamy islamistyczne (brodaci) – wahabitów, salafitów, Bractwo Muzułmańskie, a także takich odszczepieńców jak bahaici. Rozmawia z przedstawicielami tych większości lub mniejszości religijnych, uprzednio ich upolowawszy, jak sam twierdzi, czasami w podstępny sposób. Osobno zajmuje się ateistami i agnostykami.
Dla mnie, jako osoby, która spędziła prawie 6 lat w Egipcie pracując na tzw. kontrakcie, bywała w rozmaitych miejscach i różnych lokalnych środowiskach, tak zdecydowanie negatywny obraz Egiptu przedstawiony przez Kalwasa jest zbyt jednostronny. I nie chodzi tu wyłącznie o religię. Zaobserwowane wady społeczeństwa jako zbioru jednostek, jako systemu, odniesienia do egipskiej tradycji i kultury, są mocno przerysowane, budzące u czytelników niechęć, a nawet odrazę do tego kraju, który, jak każde zjawisko na świecie, oprócz swoich wad, ma też niezaprzeczalne zalety. Jest to obraz pokazany w krzywym zwierciadle, poprzez pryzmat typowo reporterskich sensacyjnych poszukiwań i doniesień, mocno nadinterpretowanych.

Piotr Ibrahim Kalwas twierdzi, że kocha Egipt jednocześnie go nienawidząc, ale nawet między wierszami nie da się wyczuć choćby odrobiny tej miłości, sentymentu, na który się powołuje, pochwały tego, co dobre (oprócz jedzenia), nie mówiąc o pobłażliwości wobec tego, co może dobre nie jest, ale nie jest szkodliwe i można na to przymrużyć oko, albo trochę się z tego pośmiać. Może nie dane było autorowi, jako cudzoziemcowi, który przez wszystkie spędzone tam lata pozostał jednak obcym – agnabi (jak sam się określa), zaobserwować i doznać tego wszystkiego co sprawia, że odkrywa się zjawiska i ludzi, za które można ten kraj pokochać. Zwłaszcza, jak ruszy się tyłek poza kafejki Aleksandrii i Kairu.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Kalwas pojechał do Egiptu i zamieszkał tam (pomijam świadomie sprawę religii, skoro autor sam o tym nie pisze) tylko po to, żeby wejść w pewne środowiska, jako „ten swój”, uzyskać potrzebne mu informacje, przetworzyć je i odpowiednio ubarwić, a następnie opisać w „Egipt: haram halal”. Autor nie wspomina ani słowem, co skłoniło go do przyjęcia islamu, a skoro tyle o nim pisze, krytykując jednocześnie idee szerzone przez największy na świecie ośrodek nauki o islamie Al.-Azhar, to czytelnicy są zapewne ciekawi genezy jego tak ważnej światopoglądowej decyzji.
Analizując dyskusje, które autor odbywa ze swoimi rozmówcami, odnoszę wrażenie, że wkłada w ich usta wiele swoich własnych stwierdzeń i uwag. Chyba, że to taki zamierzony literacki chwyt? Ale wówczas daje nam to fałszywy obraz Egipcjan.. Czy taki zamiar miał autor? Nie wierzę, że Egipcjanie, nawet ci najbardziej wykształceni, byliby w stanie wiele tych stwierdzeń sformułować i komukolwiek je przekazać (zwłaszcza obcemu) właśnie w taki sposób.
Wyczuwam jakąś nieszczerość autora, gdy w nadmiernie drastyczny sposób opisuje wszechobecny w Egipcie (jego zdaniem) zapach moczu i krwi, zwierzęcych i ludzkich:

„Synowie dozorcy kijami odpędzają ludzi wyciągających ręce po ciepłe, ociekające krwią mięso, (……….). Kobiety wyciągają ramiona ku niebu, sławiąc Stwórcę. Krew opryskuje twarze najbliżej stojących. Czuję jej słodki zapach, przemieszany ze smrodem kału i moczu”.
„ Zwierzęta ryczą z bólu, zagłuszają Jasmin, zagłuszają ją muezini nawołujący z setek minaretów krwawiącej, obsranej i zaszczanej Aleksandrii – kolebki kilku cywilizacji.”

Doprawdy , bismillah Piotrze, nie taki jest obraz Aleksandrii, nawet tuż przed Świętem Ofiarowania – Id al-Adha!!!
Również w opisach wielu innych islamskich obrzędów, np. obrzezania kobiet, jest w książce przytoczonych wiele bardzo mocnych scen. (Scenariusz do horroru o Egipcie?) Autor opisał skrajne przypadki, które mogą zostać odczytane jako powszechnie stosowane metody i wprowadzić czytelnika w błąd.
Oczywiście każdy pisarz, także reporter, ma prawo do subiektywnego przedstawiania faktów, a tak zwana obiektywna prawda, leży zawsze gdzieś pomiędzy „prawdą czasu i prawdą ekranu”. I do takiej prawdy wyrobiony czytelnik zawsze sam dojdzie. Tylko, że czytelnik czytający „Egipt: haram halal” nie ma szansy zbliżyć się do tego środka, bo widzi tylko jedną stronę medalu, choć zwykle jest ich dwie.

Nie polecam tej książki tym, którzy planują swój pierwszy wyjazd do Egiptu i nie mają jeszcze wyrobionego własnego zdania na temat tego kraju – lektura może zniechęcić i odstręczyć od pomysłu wyjazdu, co byłoby niepowetowaną dla nich stratą. Sama pewnie też nie podpisałabym kontraktu w Egipcie, gdybym przeczytała tę książkę przed jego podpisaniem. A nie żałuję, że spędziłam tam prawie 6 lat, choć nieraz wylewałam łzy bezsilności albo ściskałam ze złości pięści. Zalety tego wyjazdu wzięły jednak górę nad wadami. Po prostu, moim zdaniem, na te egipskie paradoksy, które niekiedy trafnie opisuje Kalwas, trzeba spojrzeć czasem z odrobiną dystansu i zrozumienia.
Polecam natomiast książkę wszystkim tym, którym podoba się, ten bardzo modny w Polsce od czasu Ryszarda Kapuścińskiego, styl reportażu wojennego – mocne słowa, krótkie zdania, dużo sensacji, dużo krwi, nawet tam, gdzie jej nie ma. Ten styl jest świetny, ale chyba niekiedy mocno nadużywany, bo posługują się nim nawet ci reporterzy, którzy opisują sielankowe wręcz sceny. Jeśli reporter pisze o kraju, który, jak twierdzi, kocha, a jednocześnie dostrzega i analizuje jego wady – to przyznaję, że sposób w jaki np. Ziemowit Szczerek pisze o Ukrainie, znacznie bardziej mi się podoba.
„Krytykuj z miłości” – zakończył Kalwas.
Krytykuj z miłością – moje credo. Wówczas krytyka jest bardziej wiarygodna.
Ewa Zarychta

Drodzy Czytelnicy

Wciąż jeszcze piszecie do nas, że nie przyjmujecie do wiadomości faktu, że przestałyśmy pisać tego bloga i prosicie, żeby pisać cokolwiek i chociaż raz na jakiś czas. Nie ma co panikować:-) przecież podałyśmy informację, że będziemy kontynuować blogowanie w naTemat.pl
Co prawda tam obowiązuje inna formuła pisania, bo pisze się rzadziej, za to dłuższe teksty, ale staramy się tam publikować równie ciekawe teksty, co w Onecie, a może nawet ciekawsze:-) Poza tym, pisanie do naTemat.pl jest dla nas bardziej nobilitujące, ponieważ blogerem zostaje się tam na zaproszenie redakcji portalu, jesteśmy więc w zacnym, aczkolwiek niewielkim gronie znanych publicystów. Jest to dla nas wyróżnienie, duże wyzwanie i szczerze mówiąc, współpraca z naTemat.pl znacznie bardziej nam się podoba niż współpraca z Onetem, gdzie pisać każdy może (trochę lepiej lub trochę gorzej), byleby tylko było dużo „wejść” na bloga i Onet mógłby zamieszczać tam reklamy, które są dochodowe dla portalu, nie dla blogera:-(

I jeszcze jeden aspekt…. Zakończyłyśmy pisanie bloga na Onecie również jako akt naszego protestu wobec tego portalu. Po pierwsze, Onet nie wywiązał się z patronatu medialnego nad naszą książką „Księżyc zza nikabu”, po drugie, nie zezwolił na przeprowadzenie z nami wywiadu przez red. Annę Garaj, której wywiad z Moniką Abdelaziz zrobiony w ubiegłym roku, pobił rekordy oglądalności

http://kobieta.onet.pl/polka-ktora-zostala-muzulmanka/96zzs?fb_action_ids=10203754997703555&fb_action_types=og.shares

De facto, Anna Garaj, świetna dziennikarka, została w ogóle zwolniona z pracy w Onecie (mamy nadzieję, że znajdzie lepszą), a my przestałyśmy mieć ochotę na jakąkolwiek współpracę z tym portalem, którego działania trudno nam zrozumieć.
Zachęcamy zatem do czytania:
monikaabdelaziz.natemat.pl
ewazarychta.natemat.pl oraz do zaglądania na nasz fanpage na FB www.facebook.com/ksiezyzzzanikabu

Tam też będą publikowane informacje o naszych nowych książkach.

Jeszcze raz pozdrawiamy Was wszystkich bardzo serdecznie:-)

Monika Abdelaziz i Ewa Zarychta

Wiersz dla brata

Ten wiersz napisała Monika swojemu dużo młodszemu bratu, kiedy przyjechała pierwszy raz do Polski na urlop z Egiptu.

Zapach ołowków….
Zimą,lub w środku lata…
Oto jest pokój mojego brata.
Cudowne cieplidełko tam na nas czeka
I kubek ciepłego mleka.
Gdy za oknem zimnidło doskwiera,
W środku smerfności atmosfera.
Telewizor na szafie wysoko stojący,
aby ktoś nie potrącił niechcący,
wspaniałe nam wyświetla programy,
gdy nic do roboty nie mamy.
Miękisz-chłopak nie do zdarcia,
od lat w smutku udziela wsparcia.
Kto raz był w pokoju Antosia,
Temu tez w pamięc zapadła Zosia.
Zegar w nocy tak głośno tyka,
Że watę do uszu wpychać musi Ika.
Lecz kiedy do Polski ponownie przybędzie,
Bez wizyty tam się nie obędzie:)

Miękisz i Zosia to pluszowe przytulanki Antosia (mój dopisek)

Ewa Z.

„Za drzwiami pałacu”, czyli prawdziwa natura saudyjskich bogaczy

Polecam tę książkę wszystkim tym, których interesuje kultura arabska, a zwłaszcza losy kobiet w tej kulturze.

„ Za drzwiami pałacu „ – czyli prawdziwa natura saudyjskich bogaczy.
Tysiące wieszaków z ubraniami światowej sławy marek, klejnoty, najdroższe kosmetyki i największy przepych , jaki można sobie wyobrazić. Zastępy służby, gotowej spełnić każdy kaprys swojego pracodawcy. Stojące na baczność asystentki, dbające o każdy szczegół w życiu swojej księżniczki. I lekarz psychiatra… Psychiatra, który leczy królewską duszę, cierpiącą z samotności pośród wszystkich tych bogactw i pozornej obfitości. Cierpienie przybiera rozmaite formy, od bezgranicznego przywiązania i wyrazów wdzięcznej miłości do swojej kamerdynerki i powierniczki, aż po okrucieństwo, sięgające zenitu. Wylewanie na głowę wiadra wody z lodem, bicie, wyzwiska i poniżanie – to tylko niektóre z form prześladowania personelu, stosowane przez właścicielkę pałacu. Taka jest księżniczka – główna postać w książce Cay Garcii „ Za drzwiami pałacu”. Książka pozwala nam poznać prawdziwe życie arabskiej arystokratki, ukazane z najbliższego z możliwych punktu widzenia – oczami jej kamerdynerki. Dowiadujemy się również jakie są saudyjskie kobiety z wyższych sfer, jakie mają priorytety, wymagania i życiowe cele.
Zakazy, nakazy, absurdalne przepisy i zachowania ludzi – to wszystko jest codziennością w Arabii Saudyjskiej. I z tym wszystkim musiała zmierzyć się autorka podczas tych kilku miesięcy swojej pracy w arystokratycznym pałacu.
Jako kobieta, Cay Garcia nie miała w Arabii Saudyjskiej żadnych praw, a jej paszport został zarekwirowany już na lotnisku podczas przylotu. Musiała nosić na ulicy czarną abaję, do której nie była przyzwyczajona i o którą regularnie się potykała. Musiała zadowolić się potajemnymi schadzkami z ukochanym w jego mieszkaniu, ryzykując karę więzienia oraz batów.
O tym wszystkim możemy przeczytać na kartach książki, zatapiając się w saudyjską rzeczywistość i jej brutalne aspekty. Książka daje nam wiele do myślenia. Zastanawiamy się, jacy naprawdę są Saudyjczycy? Czy poza swoim krajem są równie konserwatywni i nieprzejednani? Nic bardziej mylnego. Sama miałam okazję przekonać się o ich podwójnej naturze, mieszkając w Egipcie. Podczas pracy w hotelu obsługiwałam wielu saudyjskich gości, którzy poza granicami Królestwa zdejmowali swoje maski. Wciąż zastanawiam się, dlaczego tak jest, czy życie w muzułmańskim kraju, szczególnie dla kobiet, jest aż tak uciążliwe? I co powoduje, że po wydostaniu się z ich złotej klatki zachowują się tak, jakby chcieli nadrobić wszystkie dni spędzone w swoim kraju.
To, co widziałam podczas wizyt saudyjskich gości, nie jest charakterystyczne dla muzułmanów z innych krajów. Może dlatego, że Emiraty Arabskie czy choćby sam Egipt nie stwarzają aż tak wielu ograniczeń swoim obywatelom, a przede wszystkim obywatelkom. Egipcjanki nie muszą nosić czarnych abaji – mogą ubierać się jak chcą. Mogą być modne nawet szczelnie zasłonięte, noszą europejskie stroje, a chusta na głowie staje się modnym, nieraz bardzo fantazyjnie upiętym dodatkiem. Saudyjki natomiast, skazane na wieczną czerń, zaraz po przekroczeniu granicy swojego państwa zrzucają nie tylko wierzchnie okrycia, ale często również inne, zakrywające zbyt dużo ciała, elementy garderoby. To normalne, że do recepcji hotelowej podchodzi spowita w czerń od stóp do głów anonimowa postać. I normalne jest to, że po godzinie wychodzi na teren hotelu w zwiewnej, krótkiej sukience, bez chusty na głowie. Skąd wiem, że to ta dzieci – ci mężczyźni i synowie, będąc w swoim kraju nie muszą się aż tak szczelnie zakrywać. I oni, o dziwo, najczęściej nie mają nic przeciwko „rozbieraniu„ się swoich żon poza granicami Arabii Saudyjskiej. Skąd wiem, że to ta sama osoba? Przecież zza nikabu nie mogłam dostrzec jej twarzy. Jednak rozpoznaję jej męża lub dzieci.
Jakie są saudyjskie kobiety? Czy rzeczywiście tak zniewolone i uległe? Czy może tylko muszą być takie na potrzeby spokojnego życia w Arabii, pełnej zakazów i nakazów? O tym również miałam okazję przekonać się na własne oczy podczas mojej pracy w hotelu. Czytając „Za drzwiami pałacu” wręcz widziałam główną bohaterkę – księżniczkę podczas jednego z jej ataków szału. A to dzięki scenie, która rozegrała się w jednym z hotelowych barów, kiedy to saudyjski gość nie chciał zapłacić za kawę. Uznał, że skoro zapłacił za hotel, kawa należy mu się za darmo, choć w wykupionej przez niego opcji była dodatkowo płatna. Reakcją mężczyzny na delikatne upomnienia barmana było natychmiastowe rzucenie się na niego z pięściami, a potok wyzwisk i przekleństw zdawał się nie mieć końca. Nasz hotelowy barman był silniejszy, obezwładnił napastnika, przytrzymując go sobie pod pachą. Wtedy do akcji wkroczyła jego żona, gotowa bronić męża, choćby sama miała w tej walce nawet polec. Kobieta okazała się tak agresywna i waleczna, że kilkunastu innych pracowników naszego obiektu nie było w stanie jej uspokoić. Ponieważ nie wolno im było jej dotknąć, schwytano jej męża, a barmana zamknięto w pobliskim biurze, aby zapewnić mu bezpieczeństwo. Saudyjka jednak nie dawała za wygraną, próbowała wyważyć drzwi, wykrzykując inwektywy i grożąc śmiercią ukrytemu w środku chłopakowi. Jak żyję, nie widziałam ani nie słyszałam takiej awantury. Scena ta wróciła do mnie jak żywa podczas lektury ”Za drzwiami pałacu” i ujrzałam księżniczkę bijącą swoje służące i wymyślająca dla nich okrutne kary.
Życie muzułmanek, z pozoru spokojne i oparte na uległości, jest pełne napięcia i wybuchów emocji. Nierzadko opresje stosowane wobec nich wyładowywane są na najbliższych im kobietach, a złośliwości i uprzykrzanie życia, czy wręcz okrucieństwo, stanowią arabską codzienność. Tak bywa w Egipcie i w innych krajach arabskich. Choć oczywiście są wyjątki, o czym również miałam okazję przekonać się dzięki życiu w mojej drugiej ojczyźnie, jaką jest kraj faraonów.

Monika Abdelaziz

Bad news & good news

Drodzy Czytelnicy,

Większość z Was zapewne zmartwi ta wiadomość, dlatego czujemy się zobowiązane złożyć tu na blogu wszelkie wyjaśnienia dotyczące tej kwestii. Otóż zdecydowałyśmy zakończyć pisanie tego bloga, z powodów, które są niezwykle dla nas istotne: po pierwsze – skończył nam się temat, który na bieżąco tu opisywałyśmy, po drugie – z powodu dużych zmian w planach życiowych, nie będziemy dysponować czasem, który do tej pory poświęcałyśmy na regularne robienie wpisów na tym blogu.

Zakończył się, przynajmniej na dłuższy czas, egipski etap naszego życia. Firma prowadzona przez nas w Egipcie jest już zamknięta, działalność zakończona, turystyka egipska w fatalnej kondycji i nie rokującej dobrze na długi czas. Mama – współautorka naszego bloga i książki – już od kilku miesięcy przeniosła swoje sprawy egipskie do Europy, będzie spędzać sporo czasu w swojej ukochanej Andaluzji w Hiszpanii i będzie zajmować się sprawami swojej i mojej kariery publicystycznej. Mamy w planach wydanie trzech kolejnych książek: jeszcze w tym roku mojej książki o traumatycznych losach kilku kobiet (opartej na faktach), książki mojej mamy ze zbiorem reportaży z podróży do różnych krajów świata – te dwie książki już mamy gotowe, oraz przygotowaniem do wydania naszej drugiej wspólnej książki o Egipcie, którą chciałybyśmy wydać w przyszłym roku. Mama planuje, jeśli sytuacja polityczna i społeczna na to pozwoli, wyjeżdżać do Egiptu, aby pokazywać prawdziwym pasjonatom turystyki miejsca, które ją w Egipcie oczarowały, m.in. oazy na Pustyni Zachodniej oraz Nubię w Południowym Egipcie. Będzie pilotem grup do Afryki Północnej organizowanych przez specjalistyczne polskie biuro podróży MK Adventure (www.mkaventure.pl), które to biuro gorąco Państwu polecamy.

Ja, po kilkumiesięcznych nieudanych próbach znalezienia dobrej pracy w Kairze, postanowiłam przenieść się na stałe do Niemiec. Oczywiście mój mąż Ayman i synek Mahmoud przenoszą się ze mną. Mahmoud będzie musiał zacząć uczyć się już czwartego języka. Sądzę, że da radę, bo dziecko jest bystre i chłonne wiedzy, i w europejskich warunkach rozwinie skrzydła:-) Mąż, ze swoimi kwalifikacjami, też nie powinien mieć problemów ze znalezieniem dobrej pracy w Berlinie. Tam właśnie zamierzamy się osiedlić. A ja, ze swoim wykształceniem, bogatym zawodowym doświadczeniem oraz znajomością kilku języków obcych, w tym arabskiego i z certyfikatem zaawansowanej znajomości języka niemieckiego (Zertifikat Mittelstufe), będę mogła podobno przebierać w najlepszych ofertach pracy, a nawet grymasić jak księżniczka:-) Mam też ogromną nadzieję, że nowa praca, którą zamierzam podjąć w Berlinie, dostarczy mi fascynujących tematów do napisania kolejnej książki.

Teraz ta najlepsza wiadomość: ponieważ jesteśmy już w Polsce – ja po drodze do Niemiec, będziemy miały okazję spotkać się z Państwem obydwie osobiście, podczas naszego spotkania autorskiego, które odbędzie się dnia 6 maja w Warszawie o godz. 18.00 w księgarni Matras przy Al. Solidarności 113. Serdecznie zapraszamy na to spotkanie, będziemy podpisywać na nim naszą książkę „Księżyc zza nikabu” (książkę będzie można też kupić tam na miejscu w Matrasie) i będziemy mogły odpowiadać na pytania Czytelników, zarówno te zadane publicznie, jak i „w cztery oczy”.

Każda z nas będzie kontynuować pisanie felietonów w portalu naTemat.pl:
monikaabdelaziz.natemat.pl
ewazarychta.natemat.pl

oraz liczymy na kontakt z Państwem na naszym funpagu www.facebook.com/ksiezyczzanikabu
Tam będziemy zamieszczać informacje o naszych publikacjach, spotkaniach autorskich i dalszych losach zawodowych, związanych z pisaniem. Mamy nadzieję, że uda nam się utrzymać kontakt z większością naszych Czytelników, których sobie bardzo cenimy, bo to właśnie oni przyczynili się do niewątpliwego sukcesu tego bloga, o czym świadczą statystyki wizyt na blogu.

Monika

Do zobaczenia 06 maja w Warszawie. Pozdrawiamy serdecznie,
Monika Abdelaziz i Ewa Zarychta

Nike Farida „Żona”

Ponieważ byłam na spotkaniu autorskim w warszawskim Empiku, na promocji książki Nike Faridy „Żona”, chciałabym polecić tę książkę również Czytelnikom naszego bloga, tym, których interesuje tematyka arabska.

Nike Farida w powieści „Żona” świetnie nakreśliła portrety psychologiczne bohaterów – ich mentalność, motywy działania, postępowanie bohaterów wynikające nie tylko z tradycji, realiów obyczajowych i wychowania, ale także to wynikające ze zmieniających się życiowych okoliczności, w których się oni znaleźli.

Cechy charakterów muzułmanów (te dobre i te złe) opisanych przez Nike Farida, to opis oparty na wieloletnim doświadczeniu obcowania z ludźmi z tego właśnie kręgu kulturowego, znajomości ich kultury i głębokiego wglądu w nią z pozycji bycia wśród nich. Trafne formułowanie ocen, wychwycenie tego wszystkiego, co jest w tej kulturze niezrozumiałe dla nas i często niesprawiedliwie oceniane, ale również tego, co jest w niej piękne i wartościowe. Ciekawe opisy relacji międzyludzkich na styku różnych kultur i religii.

Poza samą fabułą książki, podobało mi się również „osadzenie” akcji w politycznych realiach epoki Kaddafiego na Bliskim Wschodzie i informacje związane z ówczesnym libijskim życiem politycznym i społecznym. Niewiele wiedziałam na ten temat wcześniej i chętnie o tym przeczytałam.

WP_20160331_002[2]

Wesołe miasteczko w Mahalli

W naszym zakurzonym, kamiennym, rodzinnym mieście jest jedno miejsce, na które dzieci mówią Garden. Chociaż po angielsku oznacza to ogród, z ogrodem raczej nie ma nic wspólnego, ale jest fajne. Fajne, bo są w nim karuzele, zjeżdżalnie i samochodziki, czyli wszystko, czego potrzeba dzieciakom do szalonej zabawy. Wesołe miasteczko mieści się 10 minut spacerkiem od naszego domu, więc wybraliśmy się, bo zachęca już z daleka oświetlonymi wieczorem, wysokimi konstrukcjami. W środku, jak na egipskie warunki, jest naprawdę przyzwoicie. Karuzele są zadbane, kolorowe, gra muzyka, dzieci mogą poczuć się jak w naprawdę innym świecie. Wstęp kosztuje symbolicznego funta, ale ja weszłam za darmo, jako, że cudzoziemka (wciąż budzę sensację w tym mieście).
garden 4

Share2016-03-05-00764ae12f47f64611524c04d62abe10f3f8c08808220eeb7fd6b40a14fb93ee-Picture[1]
Share2016-03-05-56e7a580adfaa8dc6628b40bc97ecb2eb6a43283869d5cb316b7a45b0d7c0fb3-Picture[1]
Ceny biletów na poszczególne karuzele wahają się między 3 a 5 funtów egipskich (czyli około 2-3 PLN), co nie jest wygórowaną kwotą, jednak należy pamiętać, że dzieci w rodzinie jest zazwyczaj kilkoro, a każde z nich chce pojeździć sobie kilka razy na różnych atrakcjach. Tak więc z wizyty w wesołym miasteczku można wyjść uboższym o kilka procent swojej miesięcznej pensji (ja wydałam za jednym razem 25 egp, czyli średnio rodzina może liczyć się z wydatkiem około 75 egp, a pensje to około 1200- 1500 egp). Tak więc modny Garden jest dość drogi.
Share2016-03-05-6102f1a2ea5381c05cf7ab59e48d8a0ea94e2e07f7b3d8826e33822886be4d87-Picture[1]
Jednak spokojnie można skorzystać z innej karuzeli, mieszczącej się na naszej ulicy i na wielu innych uliczkach. Ba, są nawet 3 karuzele, bujane ręcznie przez pana, który pobiera opłatę 1 egp od dziecka. Szczerze mówiąc, mój synek uwielbia te uliczne, stare karuzele, z wielka radością też wita się z ich właścicielem. Zwraca się do niego „wujku”. Pan ten obok swojego przybytku umieścił mały kramik, gdzie ma wszystko, co niezbędne, a więc odwróconą skrzynkę, a na niej czajnik elektryczny, szklankę, cukier i herbatę. Siada sobie na dużym kamieniu, a kiedy ja wracając z zakupami, zatrzymuję się tam na kilkanaście minut – przynosi mi krzesło z pobliskiego sklepu. Zawsze ostrzega, że krzesło nie ma jednej nogi i żebym siedziała bardziej na lewej stronie.
P1010462
P1010461
To wszystko jest niezwykle urocze, chociaż warunki i ogólne wrażenie może wydać się dość szokujące. Jednak nie o pozory chodzi, ale o zaangażowanie i radość, jaką ten człowiek ma w sobie, oraz to, że ma taki właśnie pomysł na życie i zarobkowanie, a przy okazji uszczęśliwia dzieciaki, które nie mogą iść na to droższe wesołe miasteczko. Na noc oczywiście karuzele są zablokowane, żeby nie bujać się całkiem za darmo;)

Znów trochę o kuchni

Ponieważ Czytelnicy często pytają o zwyczaje kulinarne a nawet przepisy egipskie, wykorzystam okazję, że właśnie mamy szczyt sezonu na świeży bób. W Sharmie zawsze kupowałam mrożony i gotowałam sobie po polsku, jedząc tylko środek, a łupinki wyrzucając. Tutaj jednak przekonałam się, że można go jeść na surowo, podobnie jak groszek i jest przepyszny! Jeśli się nie przesadzi, to wcale nie trzeba brać później Nospy czy Ulgixu:) Przedwczoraj już po raz drugi moja teściowa zrobiła bób w sosie pomidorowym z kawałkami wołowiny. Część „fasolek” wyłuskała ze wspólnej, długiej łupiny, a część podłużnych łupinek, zawierających około 5 ziaren, pokroiła do sosu. Nie mieściło mi się w głowie, że można jeść nie tylko brązowe łupiny bobu, ale też całe strączki. A jednak można, do tego są naprawdę pyszne. Trzeba gotować je dość długo, ale mniej więcej o połowę krócej niż wołowe mięso.

Kiedy to piszę, teściowa, dwie szwagierki i siostrzenica męża łuskają zielony groszek, który leży w ilości 15 kilogramów na środku pokoju. Też jest na niego szczyt sezonu. W tym domu nie uznaje się niczego sztucznego, czy też niewiadomego pochodzenia, dlatego mrozi się duże ilości świeżych warzyw, przecierów z pomidorów (zrobionych wtedy, kiedy są najsmaczniejsze), a ostatnio nawet musy z truskawek.

W Polsce kupuje się na targu groszek i bób już wyłuskany. Tutaj nie. Strączki się jednak nie marnują, bo jedzą je kaczki i kury, które prawie każdy hoduje na dachu. Co do kur…moja teściowa znów jest mistrzynią w tym temacie. Nigdy nie kupi drobiu w supermarkecie, bo jest jej zdaniem niedobry. Kaczki ma swoje, ale kurczaków już nie hoduje, bo nie miała siły na aż tak ciężką pracę. Jednak lata opieki nad tymi zwierzakami wyrobiły w niej nawyk wybierania ptaka, którego ma kupić u któregoś z wielu rzeźników drobiu. Nie wiem jak to robi, ale kurczak przez nią kupiony zawsze jest miękki. Natomiast ja i mój mąż, mimo zapewnień sprzedawcy, przynosimy do domu twardego, ciągnącego się kuraka, którego nawet kilka godzin gotowania nie jest w stanie zmiękczyć. Dlatego postanowiliśmy już więcej sami nie wybierać.

Mimo, że Mahalla to duże, przemysłowe miasto,  żyje się tu jak na wsi. I to na bardzo ekologicznej wsi, gdzie można kupić na ulicy codziennie świeżutkie warzywa, wprost z wozu ciągniętego przez konia lub osiołka. Sprzedawcy nawołują głośno, zachwalając swoje towary. Pod koniec dnia robią też promocje, aby sprzedać pozostały towar.

Od dawna chciałam też polecić Czytelnikom naprawdę pyszne i proste danie, często przyrządzane przez Egipcjanki, a mianowicie kalafiora smażonego w cieście z mąki i jajka, koniecznie z dużą ilością koperku w panierce oraz ulubionych przypraw i pietruszki, jeśli ktoś lubi. Kalafiora należy wcześniej ugotować (al dente), a następnie podzielić na dość duże kawałki, aby było wyraźnie czuć, co jest pod smakowitą panierką.

Mimo, że dziś wymienione produkty są zdrowe i prawie dietetyczne, to i tak w Egipcie schudnąć się nie da – jedzenie to przewodni temat w każdym domu. Skorzystajcie jednak z przepisu na bób w nowej odsłonie i smażonego kalafiora – przynajmniej zdrowsze i mniej kaloryczne niż wypieki z fornu:)

Serial, który wyciska łzy z oczu, czyli codzienne wypadki Saiby

Myślałam, że brazylijskie seriale są kiczowate, chociaż wiele razy sama dałam się wciągnąć w ich zabójczą fabułę. Nie znałam jednak indyjskich! Poznałam je dopiero tu, w Mahalli, a właściwie jeden, za to puszczany codziennie, oprócz weekendów. Godziny wieczorne to pełne oczekiwania napięcie, szwagierka i teściowa pilnują zegarka, żeby nie przeoczyć odcinka, podczas emisji którego telewizor ryczy tak głośno, że dostaję ataku lęków.

Serial ten opowiada o pięknej Hindusce imieniem Saiba. Nie wiem dokładnie o czym, gdyż „rdzeniem” fabuły są nieszczęśliwe wypadki Saiby, które ma w każdym odcinku. Razem z teściową i szwagierką film ogląda też mój czteroletni synek i ośmioletnia siostrzenica męża, przeżywając z otwartymi buziami tragiczne wydarzenia. W pierwszym, który widziałam, odcinku, bohaterka wpadła do wody i topiła się przez połowę czasu antenowego, przez drugą połowę natomiast  leżała wyciągnięta z wody, lecz nieprzytomna, bez oznak życia, wśród rodziny, trzymana w ramionach płaczącego i krzyczącego męża. Reszta osób też zawodziła bez pamięci, lecz na sam koniec Saiba odkaszlnęła, i spojrzała czule w oczy swemu małżonkowi. Cały czas wyglądała pięknie i miała nieskazitelny makijaż. W drugim odcinku włosy wkręciły jej się w wiatrak, a krzyk trwał około 10 minut. W następnym wpadła w jakiś dół podczas burzy, a w jeszcze kolejnym do otwartego kanału. Za każdym razem zostaje cudownie uratowana, lecz dopiero na końcu, gdyż podczas akcji zachodzi poważne podejrzenie jej śmierci, opłakiwane i okraszone wspomnieniami z pięknych, wspólnie spędzonych z poszkodowaną chwil. Wspomnienia te są wyświetlane, oczywiście przy akompaniamencie smutnej muzyki, co trwa również kilka minut. I tak schodzi calutki odcinek, czasem wplatane są jakieś rodzinne rozmowy, zazwyczaj smutne i polegające na rozwiązywaniu tragedii Saiby.

Wczoraj jednak wydarzyła się prawdziwa masakra, ponieważ Saiba wpadła (nie wiem jak, bo przeoczyłam) do jakiegoś większego kanału, przez co znalazła się głęboko pod ziemią. Brakowało jej tlenu i umazana na twarzy, omdlewała na ściankach małego pomieszczenia. Na górze, na powierzchni ziemi, ci sami, co zwykle ludzie, zawodzili i rwali włosy z głów, a jej biedny ojciec w turbanie, mało sam nie zemdlał z nerwów. Mąż oczywiście był w szoku i bardzo płakał.

Moja szwagierka na każdym odcinku siedzi ze łzami w oczach, więc nie śmiem się śmiać. Kilka razy tylko powiedziałam, że ta dziewczyna za każdym razem ma jakiś wypadek, ale tylko przytaknięto mi poważnie głową. Jednak jedno podoba się nam, wszystkim kobietom w domu – ten płaczący mąż. Możemy przez to straszyć mieszkających z nami mężczyzn, co się może stać, jeśli nie będą o nas wystarczająco dbali. Jednak oni nie oglądają serialu – uciekają na pierwsze takty rozpoczynającej go melodii:)