Dziś jest piątek. Piątek w Mahalli.

W krajach muzułmańskich piątek jest dniem świątecznym, wolnym od pracy. Wyszłam rano na balkon i poczułam od razu, że jest inaczej niż w pozostałe, powszednie dni. Większość małych sklepów na ulicy pozamykana, wszystko przed domami jakoś tak schludniej podmiecione, posprzątane. My dodatkowo tu w Mahalli gościmy na weekend, czyli piątek i sobotę, najstarszą siostrę Aymana, która wraz z mężem mieszka w Kairze, więc jest nas w całym domu sporo osób. Zapachy gotujących się na obiad potraw obudziły wszystkich już o świcie. Przypuszczam, że teściowa Moniki zaczęła działać w kuchni już od 4.00 nad ranem. O 7.00 poszła na piątkowy cotygodniowy targ, gdzie kupiła świeżutkie  warzywa, sery i jajka przywożone na sprzedaż z okolicznych wsi.

Mniej więcej pół godziny przed południem zaczęło rozbrzmiewać głośne nawoływanie muezzina na piątkową modlitwę do meczetu. Stałam znów na balkonie i obserwowałam ubranych odświętnie mahallawych, podążających ulicą w stronę, gdzie wiedziałam, że jest meczet. Szli mężczyźni i chłopcy. Niekiedy sami chłopcy – grupka kolegów, z których ci na przedzie nieśli ze sobą dywaniki modlitewne, a ostatni niósł piłkę, żeby mogli sobie razem pograć, zaraz jak tylko skończą się modlić. A kto wie, czy wytrwają z tą piłką w meczecie do końca modlitwy.

P1010484

 

Niekiedy ojciec prowadzi ze sobą synów, w drodze powrotnej do domu kupi im coś słodkiego, np. watę cukrową barwioną na różowo albo ciastka w cukierni, czyli pobliskim fornie. Może też zatrzymają się przy karuzeli lub huśtawkach. Jeden większy chłopiec, ubrany w białą galabeiję, z pięknie ułożoną fryzurą i dywanikiem modlitewnym w ręku, podąża do meczetu sam. Chwilę później widzę małego chłopca, może ośmioletniego, z dredami i w rastafariańskim berecie. Też idzie się modlić… Wygląda trochę śmiesznie i dziwnie zarazem.

P1010485

P1010483

 

Nie widzę kobiet w tym orszaku zmierzających do meczetu. A wiem, że w meczetach są oddzielne sale, gdzie modlą się kobiety. Pytam Monikę, dlaczego tak jest. Przeważnie zostają w domu, modlą się w towarzystwie sióstr i córek, i doglądają gotującego się piątkowego obiadu. Na całej ulicy ładnie pachnie mięsem duszonym z czosnkiem i kuminem. W piątki prawie we wszystkich domach przygotowuje się potrawy mięsne. Ponieważ mięso jest w Egipcie bardzo drogie, wiele rodzin może sobie pozwolić na mięsny posiłek tylko ten jeden raz w tygodniu.

Wczoraj późnym popołudniem poszłyśmy we trzy – Monika, ja i najstarsza siostra Aymana – do rzeźnika. Udźce i inne części z wołu wisiały na metalowych hakach, przykryte nieskazitelnie czystą białą gazą. Amal kazała sprzedawcy odkroić 3 kg mięsa bez kości z udźca. Zamysł był taki, że to ja z Moniką miałyśmy dziś przygotowywać obiad, coś po polsku. Planowałyśmy bitki w sosie albo zrazy zawijane. Jednak, kiedy rano wstałyśmy, a obudził nas zapach dochodzący z kuchni, teściowa już gotowała gulasz wołowy z marchewką i świeżo wyłuskanym zielonym groszkiem. Śmiałyśmy się, że powinnyśmy wstać o 3.00 nad ranem, żeby zdążyć do kuchni przed teściową. Nie pozostało nam  nic innego, jak udać się do cukierni i przysłużyć się wspólnemu gotowaniu zakupując pół brytwanny konafy z waniliowym puddingiem i kilograma tzw. makaroników, czyli kruchych ciasteczek w kształcie gniazdek z orzechami pistacjowymi w środku.

Ewa Z.

Zakupy na suku w Mahalli c.d.

W przeciwieństwie do sklepów z tkaninami, sklepy z bielizną osobistą zaskoczyły mnie tak, że aż zaniemówiłam. Nie uważam się za osobę pruderyjną, ale doświadczenie wizyty w sklepie house lingerie, czyli bielizna domowa, zrobiło na mnie duże wrażenie. Kiedy Monika wskazała, że wchodzimy tu…

WP_20160224_037[1]

powiedziałam:

- Jak to tu? – Przecież to sklep z bielizną erotyczną! – Sama wystawa na to wskazuje. _ widzisz?

- No widzę przecież! – odpowiada Monika. – Tu są wszystkie rodzaje bielizny. – Weź Mahmoudka za rękę, żeby nie poszedł gdzie indziej.

W sklepie, którego towar obrzuciłam szybkim jak błyskawica spojrzeniem, zorientowałam się, że rzeczywiście jest tam bielizna na każdą okazję, od bawełnianych gaci (z egipskiej bawełny:-) wielkości namiotu, poprzez subtelne ślubne niewinne majteczki, aż do tak wyrafinowanych erotycznie wzorów i kolorów, jakich nie widziałam w europejskich sklepach. Mahmoudkowi, który był z nami i zaczął od razu szukać dla siebie „mańtów” ze spidermanem, bardziej przydałaby się opaska na oczy niż trzymanie go za rękę. Zwłaszcza, kiedy skierował swoje kroki w stronę wiklinowego kosza, w którym stały różnej wielkości skórzane pejcze.

Monika śmiała się widząc moją konsternację, którą wzmocniła dodatkowymi bodźcami, kierując dyskretnie moją uwagę w kierunku lady sklepowej, za którą siedzieli właściciele biznesu – kobieta z zakrytą nikabem twarzą i jej mąż, bogobojny muzułmanin z Koranem przed nosem.

- Matko święta – myślałam. – Ja już nic z tej kultury nie rozumiem! – O co tu w tym wszystkim chodzi? – Fałszywy i udawany wstyd, czy jakieś cudaczne chwyty marketingowe?

Po wyjściu ze sklepu Monika wyjaśniła mi (wciąż się śmiejąc), że często widywała takich właśnie muzułmanów pracujących w sklepach z bielizną. I nie widzi w tym nic dziwnego, bo islam nie ogranicza życia seksualnego małżonków wyłącznie do celów prokreacyjnych, zezwalając na świadome czerpanie radości i przyjemności z cielesnego współżycia, a właściwie sugerując troskę o dawanie sobie tego nawzajem.

Tyle godzin spędziłyśmy w bazarowych sklepach i w kawiarenkach ze świeżo wyciskanymi sokami, że wizytę w pracy u ulubionego Mahmoudkowego wujka (po nim ma imię) odłożyłyśmy na następny dzień, po części również dlatego, że nie zdążyłyśmy kupić cekinowych taśm, którymi mają być ozdobione mankiety i kaptur wymyślonego sobie przez Monikę isdala.

Share2016-03-11-894f28757588b708b40527010537208ec9e7c8cc5b90cae0f115e57d1dde4d28-Picture[1]

Share2016-03-11-f16dd1a1f1f486b8f34de897a33f1a2b74cd007ea1aacf29daecf96a48acd57c-Picture[1]

Share2016-03-11-da04e86984d8b8a2e648cd393ebdca6aaafdaed0f905d4d5c859613bd4830531-Picture[1]

Tak właśnie (jak wyżej) wygląda pracownia krawiecka wujka, a nasz Mahmoudek stara się wujkowi asystować, w czym tylko się da. Usiłował nawet jeździć jego skuterem.

A tak pięknie wygląda uszyty właśnie w owej pracowni isdal:

Share2016-03-30-1933fa2f7b33359ebc7012a4de8345a60cf7972d37b8e691d78ee993242af1e1-Picture[1]

Ewa Z.

Zakupy na suku w Mahalli

Tak, jak ciepłe przyjęcie mnie w rodzinnym domu Aymana nie było dla mnie zbytnim zaskoczeniem, tak wyprawa po zakupy na suk (tradycyjny arabski bazar) w Mahalli, zaskoczyła mnie totalnie. Nie spodziewałam się, że Europejka znajdzie tam tyle atrakcyjnych towarów do kupienia dla siebie. Monika czekała na mój przyjazd również dlatego, żebyśmy mogły we dwie chodzić do woli od sklepu do sklepu nigdzie się nie spiesząc, przymierzać wszystko, co nam się podoba i upajać się swoistym urokiem i atmosferą typowego arabskiego bazaru, całkowicie innego niż bazary w turystycznych kurortach, z drogą ofertą skierowaną do zagranicznych turystów. Głownie interesowała nas odzież, Monika chciała kupić sobie jakieś domowe galabeije, bieliznę osobistą i tkaninę na elegancki isdal z kapturem, którego uszycia podjął się Mahmoud – najmłodszy z braci Aymana, ten, który zarządza rodzinnym zakładem krawieckim, pełniąc w nim jednocześnie funkcję krawca numer 1.

WP_20160224_039[1]

Sklepy z bardzo eleganckimi strojami „wyjściowymi” dla kobiet – bogato zdobionymi w tym sezonie, wciągnęły nas nas na długo. Przepiękne suknie, często z wdziankami i torebkami do kompletu, podobały mi się tak bardzo, że gdybym planowała dłuższy pobyt w Mahalli, albo była tam zaproszona na jakieś wesele, to z pewnością nie oparła bym się pokusie zakupu jednej z nich.

WP_20160224_036[1]

W sklepach ze strojami domowymi, oprócz typowych arabskich galabeiji, które dla mnie wyglądają jak koszule nocne albo szlafroki, można kupić bardzo ładne komplety typu dresy – spodnie z bluzą, w wersji cienkiej albo bardzo ciepłej – w tak szerokim wyborze i tak dobrze uszyte, że zadowoliłyby chyba nawet najbardziej wybredne europejskie gusta. Podobnie jak odzież typu casual w europejskim stylu, która jest preferowana przez młodsze i bardziej postępowe egipskie kobiety. Jakość tej odzieży wydała mi się znacznie lepsza niż tej produkowanej masowo w Chinach.

Sklepy z tkaninami w zasadzie nie były dla mnie zaskoczeniem. Wiedziałam, że w Delcie Nilu uprawia się najlepszą na świecie bawełnę i w samej Mahalli jest mnóstwo przędzalni, tkalni i manufaktur krawieckich i hurtowni tekstylnych. Wszak to największy w Egipcie ośrodek przemysłu włókienniczego i odzieżowego. W sklepach z tkaninami – wybór oszałamiający. Wszystko poukładane na regałach według rodzaju tkanin: na męskie garnitury, damskie płaszcze i kurtki, suknie wieczorowe i eleganckie, dżerseje, koronki, tiule i inne cudeńka. Monika kupiła wszystko to, co planowała, a nawet znacznie więcej, czym z pewnością zaskoczy swojego szwagra. Ja również dałam się oszołomić na tyle, że sprezentowałam sobie lekko rozciągliwą tkaninę w czarno-srebrną „panterkę”, zupełnie nie mając pojęcia, co z niej uszyję i gdzie. No, ale przecież nie mogłam wyjść z tego sklepu z pustymi rękami, bo pewnie później bym tej okazji żałowała.

WP_20160224_034[1]

WP_20160224_035[1]

Dobrze, że skończyło się tylko na tym jednym zakupie, bo nie wiem jak bym się zabrała do Polski z kolejną partią ważnych dla mnie rzeczy, które wywoziłam z Egiptu już na zawsze. Nie wykluczam, że jeszcze kiedyś pojadę do Mahalli, to wówczas obkupię się już planowo.

Ewa Z.

Życie ulicy w mieście Mahalla

Mahalla el Kubra to typowe duże przemysłowe miasto egipskie. Życie w takim mieście nigdy nie usypia, a dla mnie podglądanie tego wszystkiego, co się wokół dzieje, było tak absorbującą czynnością, że czekałam ciągle na odpowiedni moment, żeby wyjść niepostrzeżenie z salonu na na balkon, albo w ogóle wyjść do miasta pod byle pretekstem.

Od pierwszych chwil uwagę moją przykuła architektura i to, co nazywamy w Europie zagospodarowaniem przestrzeni. No….. różnice w tym zakresie między egipskimi a europejskimi miastami są nie do opisania. Trochę widać na zdjęciach. W Egipcie buduje się, jak kto chce, bez żadnych zezwoleń na budowę, każdy według swoich upodobań i potrzeb, a miejskie plany zagospodarowania przestrzennego po prostu nie istnieją. Mafisz (nie ma). Halas!

Rodzinne kamienice są zawsze kilkukondygnacyjne, bo zgodnie z tradycją, jeśli kogoś na to stać, każdy z synów powinien mieć swoje oddzielne mieszkanie, zajmujące jedno piętro we wspólnym domu. Przestrzeni w poziomie jest mało, więc budynki pną się w górę. Niektóre wyglądają jak wieżowce (na zdjęciach poniżej), można doliczyć się nawet dziewięciu pięter (rodzice i ośmiu synów), ale wciąż są to kamienice należące do jednej rodziny.

WP_20160227_014[1]

WP_20160227_012[1]

 

Nawet, jeśli któryś z synów wyjechał do pracy do innego miasta albo za granicę, jego mieszkanie w rodzinnym domu musi zawsze na niego czekać. Na wynajem lub sprzedaż buduje się inne domy, równie wysokie, bo przestrzeń jest w cenie, a zapotrzebowanie na mieszkania – ogromne.

Ulice są w większości wąskie, a nawet bardzo wąskie, również dlatego, aby nie pozwolić na wpadanie zbyt dużej ilości słońca do mieszkań. Wszystkie okna mają drewniane okiennice. Mnie akurat przeszkadzał ten brak wystarczającej ilości dziennego światła w domach, ale Egipcjanie chowają się przed słońcem i tu tak musi być. Przy wszystkich balkonach porozciągane są sznurki do suszenia prania, z przypiętymi do nich ubraniami, pościelą, wietrzącymi się kocami, i często stanowi to jakąś swoistą ozdobę elewacji, ponieważ niewiele budynków jest otynkowanych z zewnątrz. Właściwie pranie rozwieszone jest przed balkonem każdego mieszkania, bo Egipcjanki piorą na potęgę, a i mają kogo opierać:-) Z niektórych mieszkań na wysokich piętrach zwisają przywiązane na długiej lince koszyki lub plastykowe wiaderka. Żeby nie biegać za często po schodach na górę, wciąga się w nich jakieś drobne zakupy ze sklepu na dole albo coś, co jest akurat bardzo potrzebne, a jest w posiadaniu rodziny lub zaprzyjaźnionej sąsiadki z dołu lub z naprzeciwka.

Uliczny handel obwoźny to genialna sprawa – tradycja zakorzeniona w Egipcie chyba od niepamiętnych czasów. Zaraz po porannym pianiu kogutów, dochodzącym z dachów wielu domów (na wielu poddaszach hoduje się ptactwo domowe), zaczynają się rozlegać donośne nawoływania sprzedawców, którzy oferują wymianę butli gazowych oraz rozmaite produkty rolne, właśnie dopiero co zebrane z pola lub sadu, a nawet żywy jeszcze drób. Niektórzy sprzedawcy mają towar ułożony na pace samochodu, a niektórzy na drewnianej platformie-wózku zaprzęgniętym do konia, albo częściej – osła. Aby obwoźny sklep nie umknął niczyjej uwadze, wszyscy zachwalają bardzo głośno oferowane przez siebie towary, używając do tego megafonów, takich samych, jak używa się podczas publicznych manifestacji.

P1010468

P1010471

P1010474

P1010480

Handel obwoźny kwitnie, bo ceny są bardzo konkurencyjne w stosunku do cen w supermarketach, a nawet małych sklepikach, a państwo nie pobiera opłat od handlujących w ten sposób. Kupuje się spore ilości, bo warto, np. 10 kg pysznych pomarańczy (za równowartość ok. 5 zł polskich), 5 kg truskawek albo skrzynkę świeżych pomidorów lub ogórków.

Ewa Z.

Moja pierwsza wizyta w Mahalli c.d.

Trzeciego dnia mojego pobytu w rodzinnym domu Aymana, mojego zięcia, przyjechały w odwiedziny dwie siostry teściowej Moniki, które mieszkają na wsi oddalonej od Mahalli o jakieś 60 km. Przywiózł je syn jednej z nich, od razu zaprezentowany mi jako oficer wojskowy. Teściowa usadowiwszy się na kanapie obok mnie objaśniała, że w rodzinie jej obu sióstr prawie wszyscy mężczyźni są zawodowymi żołnierzami, dlatego wszystkim dobrze się powodzi. Do tego jeszcze czerpią dochody z rozmaitych upraw rolnych, gdyż posiadają żyzną ziemię na wsi, w świetnie zagospodarowanej rolniczo Delcie Nilu.

Wizyta była niby przypadkowa, przez zaskoczenie, ale Monika słyszała, jak jej teściowa poprzedniego dnia mówiła przez telefon swojej siostrze, żeby szybko przyjechały, bo polska babcia Mahmoudka (tak byłam najczęściej identyfikowana) będzie w Mahalli tylko kilka dni. Przyjechały więc od razu, przywożąc ze sobą cały bagażnik warzyw, owoców, jajek i serów, a wszystkie dzieci dostały od ciotecznych babć po 100 egipskich funtów w prezencie. Niezwykle sympatyczna była ta wizyta. Siostry teściowej, podobne do niej z urody, okazały się równie bezpośrednimi, ciepłymi i wesołymi kobietami jak ona sama. A ja czułam się, jakbym znała tę rodzinę już od wielu lat. Na pożegnanie sióstr i siostrzeńca hamato Monia (teściowa Moniki – tak to brzmiało po arabsku) także przygotowała dla nich prezenty – pełne reklamówki wypieków z fornu, kawę, herbatę i inne miejskie produkty, które na wsi trzeba kupować w sklepie.

Już wcześniej teściowa anonsowała przyjazd Amal, najstarszej ze swoich córek i mówiła mi, oczywiście w sekrecie, że uważa Amal za najpiękniejszą i najbardziej elegancką ze wszystkich kobiet w rodzinie. W końcu mieszka ona w stolicy, jest biegłą księgową, więc musi prezentować się szykownie. A do tego jej mąż, który pracuje od kilkunastu lat na międzynarodowym lotnisku w Kairze, awansował niedawno na jedno z wysokich stanowisk menadżerskich. Oni też, przyjeżdżając do rodzinnego domu Amal, przywieźli ze sobą cały bagażnik prezentów, głównie ubrań dla dzieci i kosmetyków dla dorosłych. Amal wypytała mnie dokładnie, co ja mam w swojej kosmetyczce, wszystko obejrzała i poprosiła mnie, abym kupiła jej kilka takich samych specyfików, kiedy będę następnym razem leciała do Egiptu. Proszę bardzo, mogę przywieźć nawet żywego żubra, bo jeśli przylecę do Kairu, to z pewnością będę miała VIP-owską odprawę pod nadzorem jej męża:-)

WP_20160227_004[1]

W ogóle zaobserwowałam, że życie rodzinno-towarzyskie w tym dużym domu koncentruje się w mieszkaniu głównej gospodyni, czyli teściowej, na parterze. Wszystkie mieszkania na piętrach są podobne, przestronne i mają taki sam rozkład. Wchodzi się do obszernego salonu, naookoło którego poustawiane są kanapy, fotele i kilka krzeseł w jednym szeregu. Duży stół pod ścianą, a na środku mniejsze stoliki i ławy. W sumie salon zapewnia ponad 20 wygodnych miejsc do siedzenia i polegiwania i zazwyczaj wszystkie te miejsca mają obłożenie. Między posiłkami bezustannie pije się kawę, herbatę, je owoce i słodycze, niektórzy oglądają telewizję albo drzemią w fotelach. Siostry hamato Monia modliły się też w tym salonie. Jedni goście i domownicy wychodzą, ciągle przychodzi ktoś następny. Nigdy nie ma nudy. Niewątpliwie, takie zażyłe stosunki rodzinne, nawet w bardzo dużej rodzinie, mają swoje zalety (jest tak, jak pisała o tym p. Maria w komentarzu do poprzedniego wpisu). Ale musi być też w tym umiar.

My, Europejczycy, daleko już odeszliśmy od takiego rodzinnego stylu życia i chyba nawet ja osobiście czułabym się po jakimś czasie zmęczona brakiem intymności i możliwości bycia sama ze sobą. Ale była to dla nas wszystkich wyjątkowa wizyta. Poza tym, jest to właśnie jeden z najważniejszych czynników różniących naszą zachodnią kulturę od tej bliskowschodniej – egipskiej w tym przypadku.

Ewa

P.S. Na zdjęciach wszystkie Egipcjanki są w chustkach na głowach, ale jeśli w domu jest tylko rodzina i kobiety nie pozują do zdjęć, to siedzą bez chustek. Wszystkie mają piękne włosy.

Moja pierwsza wizyta w Mahalli

To piszę ja, Ewa:-)

Będzie trochę nie chronologicznie, bo sama moja podróż autobusem z Sharm el Sheikh do Mahalli była bardzo ciekawa, ale może później wrócę do tego tematu, albo pójdzie do drugiej naszej książki, a teraz moje wrażenia z Mahalli.

Jak tylko znalazłam się w rodzinnym domu mojego zięcia Aymana, rozpoczęła się prezentacja całej rodziny zgromadzonej zgromadzonej w mieszkaniu teściowej Moniki – dwie starsze siostry  Aymana i ich dzieci oraz dwóch braci – jeden starszy, drugi młodszy. Trzeci brat pracuje we Włoszech. Najpierw wyściskałam i wycałowałam się z teściową, a następnie ona zaczęła mi tłumaczyć, kto jest kim, jakie wykształcenie mają jej córki i gdzie pracują. Oraz gdzie pracują ich mężowie i ile zarabiają. Od razu zrozumiałam, że w przypadku kobiet najbardziej istotną informacją jest wykształcenie i zawód, nawet jeśli nie jest wykonywany, a w przypadku mężczyzn – zawód i wysokość dochodów. Bracia Aymana, choć bardzo przystojni (wszyscy w tej rodzinie są wysocy, mężczyźni do tego szczupli) i mają dość pieniędzy na założenie rodziny, mieszkania gotowe, nie chcą się żenić. Twierdzą, że ożenek i kilkoro dzieci, to branie sobie na głowę masy problemów. Wygodnie im się żyje właśnie tak, po kawalersku. Ich matka niezmiernie nad tym ubolewa, bo wolałaby by mieć też synowe do pomocy w domu. Chciałaby również mieć więcej wnuków po linii męskiej.

Rozmawiamy po arabsku. Ja rozumiem, co wszyscy do mnie mówią i w prosty sposób potrafię też wiele rzeczy powiedzieć. Jeśli czuję, że nie daję rady,  że zaczyna mi brakować słów, przechodzę na angielski. Wówczas rodzeństwo Aymana rozumie wszystko, co mówię, a Monika tłumaczy na arabski swojej teściowej. Ona nie jest kobietą wykształconą jak jej córki, bardzo wcześnie wyszła za mąż i w wieku 17 lat urodziła pierwsze dziecko. Jednak podczas obcowania z nią daje się natychmiast zauważyć, że jest osobą bardzo inteligentną i ma jakąś wrodzoną klasę w zachowaniu, obycie towarzyskie, a nawet szlachetnie urodziwą twarz (mimo swojego statecznego już wieku) oraz wąskie zgrabne stopy, co w Egipcie postrzegane jest jako wysoki status pochodzenia rodzinnego. Wszystkie trzy siostry Aymana są pięknymi kobietami, choć o typowo arabskiej tuszy:-)

Muszę przyznać, że byłam głęboko wzruszona tak serdecznym i ciepłym przyjęciem mnie w Mahalli. Jest jeszcze jeden, szalenie istotny dla mnie aspekt tej wizyty. Poznawszy bliższą i dalszą egipską rodzinę mojego zięcia, przestałam się martwić o losy Moniki i Mahmoudka, gdyby zdecydowała ona wraz z Aymanem, że jednak chcą pozostać na zawsze w Egipcie. Nawet, kiedy ja będę daleko i nie będę mogła nad nimi bezpośrednio czuwać (chyba z tym przesadzałam:-), to wiem, że moja córka zawsze znajdzie solidne oparcie w tej rodzinie i otrzyma wszelką pomoc od nich, jeśli tylko zaistnieje taka potrzeba.

WP_20160224_029[1]

WP_20160224_008[1]

Już pierwszego dnia mojej wizyty w Mahalli, zaraz po wylewnych powitaniach, zaczęły wjeżdżać na stół wszystkie po kolei tradycyjne egipskie potrawy i takie ucztowanie bez umiaru, a właściwie wpychanie we mnie wszelakiego jedzenia, trwało już do końca mojego rodzinnego pobytu w Mahalli. Choć próbowałam się przed tym bronić, to nie znalazłam sposobu na skuteczną obronę. Zresztą okazało się, że w odwiedziny przybywają również krewni z innych miejscowości, więc biesiada przybierała z każdym dniem coraz większe rozmiary i coraz bardziej się rozkręcała towarzysko…

Share2016-02-22-2dd4f805a1ad25db1063225637d89d53908d83197fc67db5098e95eb6c62e97e-Picture_jpg[1]

Nowa droga do Egiptu

Już się zaraz zabieram do opisywania moich wrażeń z pobytu w Mahalli i Górnym Egipcie, tylko najpierw muszę poinformować o czymś ważnym, być może dla wielu Czytelników naszego bloga. Właśnie odkryłam nową drogę na Półwysep Synaj i czuję się jak Vasco da Gama, który odkrył nową drogę do Indii.

Ponieważ oprócz odwiedzin rodziny stacjonującej obecnie w Mahalli, musiałam stawić się w Sharm el Sheikh, aby domknąć pewne sprawy formalne związane z likwidacją naszej firmy w Egipcie, zastanawiałam się, czy polecieć z Polski do Hurghady, a potem kolejnym lotem do Sharmu, czy polecieć jakimiś regularnymi liniami do Kairu – z przesiadką i za wysoką cenę biletu. Rozwiązanie znalazło się samo, bo właśnie wtedy, kiedy się zastanawiałam, jak dotrzeć do Sharm el Sheikh, tanie linie lotnicze Ryan Air uruchomiły nowe połączenie, z Krakowa do Ejlatu (lotnisko Ovda) w Izraelu. Do Krakowa nie mam tak daleko, a Ejlat ma przejście drogowe z Tabą na Synaju, więc zakupiłam bilet w obydwie strony za kwotę 370 PLN!!!:-) i ruszyłam nową trasą. Samolot był całkowicie wypełniony pasażerami, więc wyglądało na to, że Ryan Air trafił w potrzeby pasażerów. Leciały jakieś grupy pielgrzymkowe, bo cena biletu z pewnością jest znacznie bardziej atrakcyjna niż do Tel Avivu, część pasażerów zamierzała plażować w Ejlacie, a część wsiadła w ten sam co ja autobus transferowy, który zawiózł nas pod samo przejście graniczne do Taby. Kierowca autobusu poinformował nas, o której godzinie mamy być na przystanku, aby zabrać się na lotnisko na lot powrotny do Polski.

Na zdjęciu: drogowe przejście graniczne Ejlat/Taba

Podobała mi się sprawna organizacja całej akcji transportowej i doszłam do wniosku, że jest to jakiś sposób na spędzenie wiosennych wakacji w Egipcie, jeśli chce się koniecznie je spędzić na Synaju. Jest już cieplutko, moim zdaniem bezpiecznie, spokojnie – bo mało turystów i tanio, bo hotele oferują bardzo duże zniżki. Zwłaszcza najlepsze hotele w Tabie, bo niektóre hotele w Sharm el Sheikh wolą trzymać puste pokoje niż dać Europejczykom zniżkę. Albo wolą sprzedać tanie pakiety pobytowe Egipcjanom po to, aby potem włożyć te pieniądze w konieczny remont hotelu. Tylko trzeba to wszystko zorganizować sobie indywidualnie, bo biura podróży nie mają takich opcji w ofercie. Na przejściu granicznym Ejlat/Taba pomagała mi z bagażami para młodych Polaków (dziękuję Wam:-), którzy udawali się do hotelu Movenpick Resort Taba. Z przejścia granicznego można tam dojść pieszo w 3 minuty.

W drodze powrotnej, ponieważ na przystanku za przejściem granicznym w Ejlacie musiałam być już o 9.30 rano, postanowiłam dać się odwieźć do Taby w przeddzień mojego wylotu do Polski i przenocować blisko granicy. Zawinęłam więc na nocleg ze śniadaniem do hotelu Movenpick Resort Taba i było to moje kolejne odkrycie. Przepiękny hotel, fantastycznie usytuowany i z bardzo dobrą obsługą. Mieli wśród gości trochę Europejczyków i sporo Egipcjan, ale ci Egipcjanie wydali mi się takimi bardziej pierwszego sortu niż ci, których obserwowałam w Sharmie. Po kolacji w przeddzień wylotu poszłam sobie na hotelową plażę i leżąc wygodnie obserwowałam w ciszy przepiękny widok na Zatokę Akaba oraz rozświetlone miasta Ejlat w Izraelu i Akaba w Jordanii. Bo wszystkie te trzy miasta – Taba, Ejlat i Akaba są położone bardzo blisko siebie.

Kto więc chce skorzystać z tanich tropikalnych wakacji teraz na wiosnę, to gorąco polecam tę opcję wyjazdową. Przelot do Ejlatu i pobyt w Tabie, najlepiej w hotelu Movenpick Resort Taba. Obiecałam, że ich zareklamuję na blogu, bo są tego warci:-)

Ewa

O tym, jak chciałam rzucić urok na niewinne jagniątko.

Jestem dziś do granic wzburzona i obrażona wręcz, ale też mi przykro. Bo jako miłośniczka wszelkich (oprócz pająków) zwierząt, zostałam posądzona o chęć rzucenia uroku na malutkie, śliczne jagniątko. Szłam sobie spokojnie z dzieckiem z zakupów, kiedy zza rogu wybiegło wesołe stadko małych owieczek, pilnowane przez odstraszającą kobietę, którą pozwolę sobie nazywać babą. Owa baba miała okropny wyraz twarzy, a w ręku trzymała wielki kij, służący do zaganiania stada i odpędzania takich wiedźm, jak ja:) Ciekawe tylko, czemu nie bała się „złego” drzemiącego w wesołym kundlu, który pilnował z tyłu jej żywego inwentarza.

Jak tylko zobaczyłam owieczki, natychmiast podeszłam, bo były tak cudne, że nie sposób było ich nie wycałować. Chętnie wszystkie do nas podeszły, a szczególnie jeden niezdarny jeszcze kłapouszek, ciesząc się z delikatnego głaskania, które niestety szybko zostało przerwane przez walnięcie kijem w beton i głośnym krzykiem baby. Oznajmiła mi, że nie wolno oraz żebym szybko odeszła. Przy okazji cała ulica to usłyszała. Podeszła do mnie jakaś uczennica, która po angielsku próbowała tłumaczyć babę, że ona boi się, ze zwierzątko umrze później lub poważnie zachoruje. Ponieważ wiedziałam, że takie przekonanie ma pastucha (bo nie umiem normalnie o niej napisać), wcale nie zamierzałam oddalić się, lecz podeszłam do niej i zapytałam wprost, patrząc w oczy:

-  Co kobieto, boisz się moich złych oczu???!!!

Ona prawie zemdlała, bo nie spodziewała się, jak większość wrzaskunów, konfrontacji wprost, otworzyła ze zdziwienia usta, i tak została.

- Pomodlić się trzeba, a Bóg ochroni nas wszystkich przed złymi oczami, ale nie moimi, bo ich nie mam, tylko innymi, których tu pełno widzę.

Zostawiając zszokowaną moją bezczelnością babę, poszłam do domu wyżalać się szwagierce i teściowej. Właściwie nie dałam im szansy na odpowiedź, tylko wygłosiłam donośnym głosem monolog o tym, jaki to grzech wierzyć w gusła i złe oko. I że jeśli ktoś aż tak mocno w to wierzy i boi się ludzi, to znaczy, że nie wierzy w Boga, popełnia śmiertelny grzech. Bo przypisuje ludziom większą moc, niż samemu Bogu. Nie wiem, co dziś było w  moim głosie, ale obie kobiety w domu też zostawiłam w lekkim szoku:)

Kiedyś już pisałam o wierze w uroki i złe oko w Egipcie, ale teraz, zgłębiając dokładniej nauki islamu widzę, że ta mocna wiara w gusła jest niezgodna z religią muzułmańską, podobnie jak z chrześcijaństwem, jest wręcz grzechem bałwochwalstwa, bowiem przypisuje się w ten sposób innym istotom większą moc niż Bogu. W Koranie są też ochronne sury, które można odmawiać, jeśli chce się ochronić siebie, bliskich czy swój dobytek przed wszelkim złem. Nie tylko złymi oczami ludzi, ale przede wszystkim przed chorobami, wypadkami i stratą. A ten ich nadmierny lęk i zabobony świadczą o tym, że przekręcają zasady swojej religii, lub po prostu nie zgłębiają wielu jej tajników.

Kairskie metro – pierwsze doświadczenie

Niestety nie udało mi się zrobić zdjęć, gdyż jak zwykle wysiadła mi bateria w telefonie, wtedy, kiedy akurat by się naprawdę przydał. Podczas ostatniego wyjazdu do Kairu miałam okazję po raz pierwszy jechać kairskim metrem – sama. Trochę się bałam, bo linie metra się krzyżują, a nie ma wszędzie dostępnych mapek (jak w Berlinie czy Londynie). Myślałam też, że będzie brudno na stacjach, a wagony rozpadną się w czasie jazdy. Nic bardziej mylnego. Stacje są bardzo duże i nowoczesne, pociągi nowe i czyste. Co najważniejsze – są osobne wagony dla kobiet i osobne dla mężczyzn. Jeśli kobieta jedzie z mężem, nie muszą się oczywiście rozdzielać i wsiadają razem do „koedukacyjnego”. Ale podróżujące same dziewczyny czy kobiety z dziećmi wsiadają sobie spokojnie do dwóch czy trzech damskich wagonów, znajdujących się na środku pociągu. Również na peronie wyznaczone jest miejsce dla kobiet, wskazujące miejsce zatrzymania się tych żeńskich wagonów. Stoi tam policjant, który pilnuje, czy żaden chłop nie pcha się tam, gdzie go nie chcą:-)

Pierwszy raz uczestniczyłam w tak wyraźnym podziale płci w strefie publicznej i muszę przyznać, że wcale mnie to nie irytowało ani nie czułam się poniżona. Wręcz przeciwnie – czułam się komfortowo i bezpiecznie, podobnie jak większość kobiet jadących ze mną. My siedziałyśmy wygodnie na ławeczkach, podczas, gdy w męskich wagonach faceci stali ściśnięci jak ogórki w słoikach. I gdzie tu dyskryminacja kobiet?:)

Poza tym zauważyłam też, że na ruchomych schodach prowadzących na górę z peronów (a pokonywałam je aż 4 razy), mężczyźni przepuszczają grupkami kobiety, tak, aby nie mieszać się z nimi i nie tworzyć niezręcznych dla nich sytuacji. Jeśli panował wyjątkowy ścisk i wszyscy pchali się na raz, wielu facetów całą trasę na ruchomych schodach stało z rękami uniesionymi do góry. Po co? A po to, żeby nie stwarzać okazji do dotknięcia, nawet przypadkowego, jakiejś kobiety, nie mówiąc już o celowym jej obmacywaniu pod osłoną i pretekstem tłoku.

Powiem szczerze, że czułam się o wiele bezpieczniej niż w jakimkolwiek miejscu w Europie. Wśród tłumu pasażerów były kobiety zupełnie zakryte, lub w zwykłych chustkach, oraz bez chustek, młode dziewczyny i starsze panie. Każda z nich mogła czuć się swobodnie i komfortowo.

Pisząc to, nie zamierzam spierać się o to, w jakim kraju są jacy mężczyźni. Wystarczy poczytać gazety i pooglądać tv aby wiedzieć, że molestowanie zdarza się wszędzie. Dlatego tej segregacji płci nie odebrałam jako braku równych praw, a wręcz przeciwnie- jako nadanie wyjątkowych praw.

Jak schudnąć przy takiej piekarni ???

forn 1

Nie ma mowy o schudnięciu, mając taką piekarnię niedaleko domu, można nawet przytyć nieco:)  Na zdjęciu mamy tak zwany „forn” czyli piec, co po arabsku oznacza również piekarnię. W Mahalli i w całym Egipcie jest dużo fornów, ale nie każdy jest tak wspaniały jak nasz. Idziemy do niego spacerkiem około 10 minut, a w drodze powrotnej robimy jeszcze jakieś drobne zakupy i zahaczamy o karuzelę.

W tej cudownej piekarni jest wszystko – półsłodkie okrągłe duże bułki, splecione jak warkocz, zwykłe paluchy do kanapek, przepyszne bułeczki cynamonowe, z chrupiącą skórką i posypane sezamem. Znalazłam też słodkie drożdżowe bułki, podobne do polskich, bez żadnego nadzienia, polane tylko troszkę czekoladą. Wszystkie te wypieki kosztują 1 funta, czyli około 50 groszy za sztukę. Oprócz tego można kupić w tym wspaniałym miejscu wszystkie arabskie słodycze – konafę (ciasto z cienkich, słodkich makaroników przekładane waniliowym budyniem), małe ciasteczka miodowe, gniazdka z chrupiącego, cieniutkiego ciasta z orzechami w środku oraz popularną basbusę. Są też bardzo dobre bułki z białym, lekko słonym serem, oraz bardzo duży wybór ciastek na wagę (z daktylami, sezamem, dżemem). Na wagę są też chrupiące, suche paluchy, grubsze i cieńsze. Można sobie wybrać spośród kilku wariantów – bez dodatków, z sezamem, z papryką lub z kuminem.forn

Oprócz wszystkich tych wspaniałości panowie pieką również torty. Są to klasyczne arabskie torty, czyli biszkoptowe ciasto przekładane lekkim kremem śmietankowym lub czekoladowym, pięknie udekorowane świeżymi owocami i wymyślnymi formami z czekolady. Można codziennie kupić świeże, ale niewielkie torty, jeśli potrzebuje się natomiast jakiś duży, trzeba zamówić go dzień wcześniej. Kiedy wchodzę do piekarni, panowie już wiedzą, co mi pakować. Ceny są naprawdę niskie – za kilogram wypieków na wagę płaci się od 16 do 20 funtów (czyli 8 – 10 PLN).

Wczoraj świętowaliśmy naszą 5-tą rocznicę ślubu, więc oczywiście udałam się do fornu, żeby kupić jakieś słodkości. Do tego koktajle mleczne z pysznych truskawek, na które właśnie mamy sezon, i uczta gotowa. Pewnie narobiłam niektórym czytelnikom smaku:)  Ale mi się marzą polskie pączki, prawdziwy sernik i makowiec. Tak to już jest – każde miejsce ma swoje wady i zalety.

Wyczekane pierwsze spotkanie teściowych!

Wreszcie, po 5 latach naszego małżeństwa, teściowe poznały się! A stało się to dopiero teraz, bo jakoś nigdy nie było czasu – z Sharmu do Mahalli jest az 700km i droga jest dość męcząca, aby jechać na krótko, zawsze było dużo pracy, więc kiedy moja mama przyjeżdżała do Egiptu, miała mnóstwo rzeczy na głowie. Teraz przyjechała bardziej rekraacyjnie, żeby zwiedzić Abu Simbel oraz zobaczyć się z nami. Stwierdziłyśmy, że trzeba wykorzystać ten czas, bo nie wiadomo, kiedy pojawi się znów okazja.

Kiedy powiedziałam mojej teściowej, że mama przyjedzie za kilka dni do nas w odwiedziny, zaczęły się natychmiast gorączkowe przygotowania. Teściowa była przeszczęśliwa, ponieważ wielokrotnie zapraszała moją mamę i chyba już straciła nadzieję, że się poznają. Teraz trzeba było zająć się przygotowaniami – słyszałam, jak przez telefon omawia ze swoja siostrą oraz z córką menu na poszczególne dni, wiedziałam też, że nie będzie spała przez dwa lub 3 dni, aby wszystko wypadło jak najlepiej. Najpierw zarządziła wielkie sprzątanie, chociaż dom rodzinny mojego męża jest wyjątkowo czysty i zawsze gotowy na gości, nawet z zaskoczenia. Jednak teściowa martwiła się, że może gdzieś zalega jakiś kurz, którego nie widzimy, albo, że dywany nie pasują do siebie kolorystycznie – chciała nawet zmieniać dywan w dużym pokoju, ale wybiłam jej to z głowy. Zakupy w ogromnej ilości pojawiły się w domu, chociaż uprzedzałam, że moja mama je jak ptaszek – zupełnie różni się figurą od naszych arabskich kształtów:)  Ale jak się spodziewałam, zaraz po bardzo wylewnym powitaniu przez wszystkich, na stół wjechała ogromna taca z jedzeniem, którego starczyłoby mojej mamie na kilka dni:)  Było pyszne, domowe, ekologiczne – najlepsze, jakie można zaserwować wyjątkowym gościom. Kiedy mama najadła się już do granic możliwości, natychmiast tacę zamieniono na kolejną, z mandarynkami, ja natomiast rzuciłam się nieprzytomnie na przywiezione z Sharmu pączki, zamówione we włoskiej kawiarni. Niedługo po kolacji i deserze teściowa i szwagierka pytały, czy aby moja mama nie jest głodna,a  kiedy poszłyśmy do nas na górę szykować się do spania, siostra męża przyniosła dużą porcję słodyczy i zapytała, czy odgrzać jeszcze coś z kolacji, bo może już zgłodniała. Później stwierdziła, że rzeczywiście mało je, ale za to ma świetną figurę, nie to co my:)

Na drugi dzień było tradycyjne mahszi z kapusty, wyjątkowo pracochłonne, które teściowa robiła do 2 w nocy, a o 4.30 już wstała, żeby przyrządzać kaczkę. Na śniadanie był przepyszny wiejski chleb prosto z pieca, twaróg i lokalne, naturalne warzywa, oraz jako dodatek oliwki i rzepa kiszone przez teściową (są naprawdę wyśmienite!).

W  południe wybrałyśmy się z Mahmoudkiem na wycieczkę do Tanty do Carrefoura, gdzie powstał nowy duży mall, na wzór europejskich galerii handlowych. Ja cieszyłam się z zakupów, jak za dawnych czasów przybysze ze wschodu w Berlinie zachodnim. Jednak w dużych, międzynarodowych sieciach handlowych jest zupełnie inny i szerszy wybór produktów, niż w lokalnych sklepach. I chociaż nie jest to tak ekologiczne i wiejskie – to cieszy, jeśli nie ma się tego na co dzień.

WP_20160218_003[1]

WP_20160218_004[1]

Wieczorem przyszła druga z trzech sióstr Aymana, spędziłyśmy w babskim gronie bardzo fajny wieczór i robiłyśmy dużo zdjęć – jednak ze względów obyczajowych nie możemy zamieścić fotografii kobiet, szczególnie bez ich zgody. Obie siostrzenice męża (8 i 3-letnia) siedziały przy mojej mamie, bo była dla nich niewątpliwą atrakcją – z jasną karnacją, bez chustki, no i moja mama:)

Dziś odstawiliśmy ją na autobus do Kairu, skąd udała się do Asuanu, a stamtąd pojedzie do Abu Simbel, na wyjątkowe wydarzenie w znanej świątyni. Jednak zaraz po kilkudniowym zwiedzaniu wróci do Mahalli, żeby na spokojnie posiedzieć z nami i nacieszyć się wnuczkiem. Zaznaczyłyśmy jednak mojej teściowej, że ma już wtedy normalnie spać i my będziemy gotować na zmianę z nią.

Codzienne życie w Mahalli

Wiem, że długo nie pisałam, ale to nie wymysł, a szczera prawda – im mniej ma się do roboty, tym mniej jest czasu. Ponieważ nie pracuję i odpadło mi sporo obowiązków domowych ( bo dzielimy je z teściową i szwagierką ), to dzień upływa nie wiadomo kiedy. Przestawiłam się, niestety, po raz kolejny na egipski tryb życia – czyli idę spać czasem o 6 rano, a czasem dopiero około 14. Stało się tak z powodu ferii zimowych w szkołach, które trwały aż 3 tygodnie. Córka szwagierki siedziała w domu i całe noce wściekali się z moim dzieckiem, które ma niespożytą energię. Babcia łapała się za głowę od hałasu i próbowała zamykać się w pokoju, bo dawali popalić ostro, nawet jak na egipskie standardy. Teraz znów jest szkoła, więc Nada musi wstawać o 6. Pierwsze dwa dni ma już za sobą, ale płakała ze zmęczenia rano. Tak to już jest z egipskimi dziećmi…podobnie jak z większością dorosłych. Chociaż wiem, że niektórzy chodzą spać wcześnie i wstają o świcie, nawet jeśli nie pracują.

Zazwyczaj, kiedy nie śpię, wieszam wcześnie rano pranie, żeby złapało trochę zimowego słońca. Mam wtedy okazję obserwować budzące się do życia uliczki. W zasięgu wzroku mam forn ( czyli piekarnię ), do której między 6 a 8 ludzie chodzą po świeżutki, przepyszny chleb. Jest to chleb „rządowy”, rozliczany w systemie komputerowym, podobnie jak inne produkty żywnościowe. 20 dużych placków kosztuje 1 egp , czyli 50 groszy. Na 1 osobę w rodzinie przypada 5 chlebków dziennie, co w zupełności wystarcza. Zapach unosi się w powietrzu przez cały ranek. Oprócz tego grupki dziewcząt przechodzą pod naszym domem w drodze do szkoły. Z przyjemnością obserwuję, jak świetnie radzą sobie z muzułmańską modą – obiecuję zdjęcia już wkrótce – mimo, że zakryte szczelnie, nie tracą nic z młodzieńczego wdzięku i atrakcyjnego wyglądu. Zauważyłam, że robią to samo, co ja i większość kobiet – dobierają całe ubranie do chustki. Niektóre z nich noszą długie, ale modne spódnice i fajne bluzki, jeśli mają one krótkie rękawy, pod spód zakładają tak zwane body, czyli obcisłe koszulki z długimi rękawami. Wiele dziewczyn ubiera się bardzo nowocześnie. Zakładają dżinsy rurki oraz duże sportowe buty, a na głowach mają bawełniane chustki o sportowym charakterze. Obowiązkowo wszystkie paradują z telefonami, głośno gadając i chichocząc. Czasem uda mi się coś podsłuchać – dziś na przykład usłyszałam, że Abdelrahman wstawił na facebooku jakieś nowe zdjęcie, które wszystkie oglądały. Więcej nie usłyszę, gdyż rozmowy giną mi wraz z oddalającymi się grupkami dziewczyn.

Młodzież gimnazjalna i licealna żyje tu tak samo, jak wszędzie na świecie, mają podobne sprawy, problemy i zainteresowania. Różnica jest jednak taka, że nie wolno dziewczętom wychodzić wieczorami z domów i chodzić po ulicach z chłopakami czy siedzieć w kawiarniach. Jednak popołudnia to pora, kiedy wracające ze szkół grupki są mieszane – nie wiem dlaczego tak jest, inaczej niż rano, ale chłopaki idą razem z dziewczynami. Wtedy jest naprawdę głośno, panowie szpanują a panny chichoczą, udając zawstydzenie. Wszyscy oczywiście trzymają w rękach swoje telefony. Robią sobie selfie, ale bez dziewczyn, bo gdyby umieścili na facebooku zdjęcie którejś z nich, mieliby zaraz do czynienia z jej ojcem i braćmi oraz wujkami :)

A teraz przechodzimy do prania:-)

Właśnie niedawno, po przeprowadzce do Mahalli, dowiedziałam się, że pralki automatyczne źle piorą…nie dość, że nie dopierają, to jeszcze źle płuczą. Moja szwagierka, która mieszka w tym samym domu rodzinnym, próbowała mnie instruować, jak należy prawidłowo prać. Nie poprzestała tylko na instrukcjach słownych, wyrywała mi wręcz moje przygotowane do prania rzeczy, aby przeprowadzić ich wstępną dezynfekcję i pierwszą, ręczną przepierkę. Nie mogłam wyjść z osłupienia, bo przecież wystarczy załadować wszystko do bębna, dodać detergent, ustawić, jaki się chce program i wrócić, kiedy pralka skończy prać.

Okazało się jednak, że szwagierka nie uznaje takiego prania. Najpierw moczy wszystko w gorącej wodzie, tak gorącej, że nie mogłam włożyć tam rąk. Wsypuje do miednic i wiader mnóstwo proszku i wszystko jeszcze zaprawia chlorem, bez względu na kolor i tkaninę. Następnie, nie płucząc, a jedynie wyciskając ubrania – wkłada je do pralki, gdzie wsypuje, jak na moje oko, potrójna ilość proszku, polewając go jeszcze zakrętką chloru. Kiedy biedny, nieudolny automat skończy swoją pracę, ona włącza jeszcze dwa cykle płukania, uskarżając się, że nie dość, że nie dopiera, to jeszcze nie płucze. Zapytałam ją, jak ma wypłukać taką ilość detergentów ? Na co ona odrzekła, że tyle trzeba dawać, aby ładnie pachniało. OK. poprosiłam więc, aby nie pomagała mi w praniu, a już broń Boże, nie dolewała mi nigdzie chloru, gdyż ja piorę prawie wszystko w 30 stopniach, z normalna ilością proszku, wyjmuję uprane, pachnące i dobrze wypłukane.

Oczywiście w czasie, kiedy automat, który ma ułatwić życie, spokojnie sobie pierze, ja mam czas na robienie innych rzeczy, podczas gdy ona męczy się i dźwiga kolejne miednice z namoczonym, dezynfekującym się praniem.

Proszki kupowane są oczywiście w wielkich opakowaniach, 5 kg. Zauważyłam, że w ciągu 4 dni zniknęło jej aż połowę, więc złapałam się za głowę. Po kilku kolejnych dniach moja szwagierka wpadła rozentuzjazmowana do domu, trzymając w ręku kolejny, wielki worek proszku z płynem Persil do czarnego w promocji. Już od progu pytała, czy ktoś ma coś czarnego do prania, mimo, że była po całym dniu pracy i pewnie głodna, ale nowy detergent był znacznie bardziej interesujący. Ponieważ nikt się nie zgłosił, płyn musiał trochę poczekać, aż się zastanawiałam, czy aby czegoś nie ubrudzić specjalnie, żeby sprawić jej przyjemność:) Jednak tego samego wieczoru mój synek klasycznie oblał się wodą, więc zmieniałam mu bluzę i spodnie. Oba ubranka zostały mi natychmiast wyrwane z rąk, do prania. Mówię, że dopiero co je założył, że to tylko woda, na co ona, nieznoszącym sprzeciwu tonem odrzekła – ale jak upiorę, to będzie ładnie pachniało. Ruszyła szybko do kuchni, gdzie w mieszkaniu teściowej stoi cudowny (choć niegodny zaufania szwagierki) automat na 8 kg wsadu. Ja zostałam na kanapie z niemym wyrazem sprzeciwu na twarzy. Później zauważyła, że na golfiku Mahmoudka, na zgięciu, gdzie zawija się golf, jest przebarwienie, czy też może niedoprane miejsce. Tłumaczę, że to jest od dawna i żeby się nie przejmować, może się po prostu wytarło. Ale zostałam szybko „posadzona” z powrotem, golfik został mi wyrwany, a szwagierka rzuciła krótko – „ja to dopiorę!”.

Wciąż nie mogę się nadziwić ilości jej prania, zważywszy, że „obrabia” 5 osób. Ja mam do oprania nas troje, dziecko sporo brudzi, często zmieniam poszewki, piorę koce, gdyż mamy dwa koty, ale to wszystko dzieje się jakoś przy okazji, naturalnie. Jednak widzę również na ulicy i w sąsiedztwie, że pranie to, zaraz po gotowaniu, główny popisowy numer Egipcjanek. Wszystkie balkony zawieszone są zwisającymi aż piętro niżej prześcieradłami, galabejami, bielizną i ubraniami mężów i dzieci. Kiedy patrzę z wysokości drugiego piętra na ulicę naprzeciwko naszego balkonu, jawi mi się ona jako jedna wielka suszarnia. Wiem, że wiele domów nie posiada pralek automatycznych, tylko tak zwane półautomaty, inne z kolei zdane są wyłącznie na starodawne Franie. Być może dlatego w tutejszych kobietach zakorzeniła się nieufność do pralek automatycznych, i zamiast ułatwiać sobie życie, dodatkowo je utrudniają. Jednak to tylko kolejny dowód na moją tezę, że Egipcjanki robią wiele rzeczy na pokaz, tak, aby mężczyźni widzieli, ile pracy wkładają w każdą czynność. Wiem, że prowadzenie domu to ciężka robota, ale mi jakoś udaje się zrobić to samo dwa razy szybciej i często lepiej. Przestałam już jednak przejmować się zapracowaniem moich szwagierek, to ich kraj i ich zwyczaje :)

Wątróbka i flaki, czyli jak dziwnie gotuje się w Polsce

Teraz coś od kuchni, wspólnej kuchni (gdzie kucharek niemal sześć:-), czyli pachnie problemami zamiast czosnkiem….

Ponieważ mieszkamy już od jakiegoś czasu w Mahalli, przyszło mi dzielić kuchnię z teściowa i szwagierką. Mieszkamy wprawdzie w osobnym mieszkaniu piętro wyżej, ale przy tak dużej rodzinie gotuje się dużo i nie ma sensu robić tego osobno. Coraz częściej czuję, że mam dość tradycyjnej i dość ciężkiej egipskiej kuchni, więc robię coś tylko dla siebie. Moją zupę jarzynową jedzą jedynie dzieci, mąż i jeden ze szwagrów, reszta wyłącznie się jej przygląda – taka cienka jakaś, bo tylko na kawałku kurczaka:) No tak, skoro łyżka nie staje w tłuszczu, to znaczy, że potrawa za chuda.

Kiedy teściowa robiła mahszi, udało mi się odebrać jej trochę kapusty i zrobić ją sobie „po polsku”, czyli duszoną, z pomidorami, koperkiem, już nawet przeboleję brak boczku. Tak mi smakował ten bigosik, że zamroziłam sobie 3 porcje, żeby mieć później do ziemniaków i panierowanych piersi z kurczaka, bo to naprawdę rarytas w tutejszych realiach, gdzie wciąż je się jednak obce nam potrawy. Oprócz tego raz ugotowałam barszcz czerwony, który wzbudził ogromne zdziwienie, a chyba nawet i troszkę odrazy, sądząc po minach. Nikt  nie chciał nawet spróbować, a kiedy jadłam go z jajkiem i ziemniakami, to już zupełnie nie mogli uwierzyć w to dziwaczne połączenie. Buraki oczywiście zostały starte, doprawione po naszemu i zamrożone, żeby zjeść sobie w odpowiednim czasie.

Któregoś dnia teściowa ze szwagierką gotowały flaki. Śmiały się ze mnie, myśląc, że zemdleję na sam widok. Gotowały oczywiście na sposób egipski. Jakoś przeżyłam, ale muszę przyznać, że tylko spróbowałam, były okropne! Kiedy tłumaczyłam, że ja bym dała czosnek i sporo majeranku…wytrzeszczały oczy. Następnym razem mają mi trochę odłożyć, żebym mogła zrobić flaki po polsku.

Dziś z kolei znów było mahszi, oczywiście zalewane bardzo tłustym rosołem z dużą ilością cynamonu…nie wiem dlaczego, ale moja szwagierka nie ma umiaru w dodawaniu tej przyprawy do rosołu, co całkowicie odbiera mu smak. Wyrwałam jej wręcz z rąk świeżutkie wątróbki, co by je sobie normalnie usmażyć, może nawet z dodatkiem jabłka, ale nie do końca mi się to udało, bo wyszłam z kuchni na kilkanaście minut, a kiedy wróciłam, wątróbka już pływała na patelni w dużej ilości masła, a szwagierka szykowała się z papryczką chili, żeby zneutralizować smród cebuli. Wietrzyła też oczywiście całe mieszkanie. Nie wiem i nigdy nie zrozumiem, dlaczego Egipcjanki za wszelką cenę neutralizują, czym tylko się da, cebulę w potrawach…po co więc w ogóle jej używają?

Oprócz podrobów wykroiłam sobie tak zwana porcję rosołową z kurczaków, żeby zrobić pomidorową. Ponieważ nie ma tu klasycznej włoszczyzny, trzeba radzić sobie inaczej. Marchewka, cebula, dużo natki pietruszki (słyszę jak podnoszą pokrywkę i szepczą do siebie, że daję pietruszkę do zupy:). Kiedy rosół już „doszedł” zaprawiłam go koncentratem i pieprzem, żeby była to mocna pomidorowa. Następnie jogurt naturalny, do zabielenia. I oczywiście klasycznie makaron. No cóż…znów nikt ze mną nie zjadł, ale za to prawie wszystkim oczy z orbit wyszły na widok jogurtu w zupie:)

Dziwi mnie ten paradoks, a  nawet trochę sprawia mi to przykrość, że my, Europejki mieszkające tu, czy nawet ludzie odwiedzający ten kraj jako turyści, próbujemy wszystkich specjałów miejscowej kuchni. Zawozimy do domu tutejsze orientalne przyprawy, a w Europie lubimy jeść w arabskich restauracjach czy barach. Natomiast Egipcjanie zachowują się tak, jakby bali się dotknąć tego, co my, Polki, gotujemy, chociaż dobrze wiedzą, że nie ma w tych daniach wieprzowiny. Bo skąd niby można by ją wytrzasnąć.

Udało mi się jednak przeforsować dwa tradycyjne polskie frykasy – kiszone ogórki, które wychodzą mi pyszne i znikają w ciągu jednego wieczoru jako małosolne, oraz tradycyjny omlet z ubijanymi białkami, podawany z dżemem. Omlet jedzą co prawda tylko dzieci, ale i tak się cieszę. W planach mam zupę ogórkową, to będzie jej debiut w Egipcie. Myślę, że wywoła największy szok:) Muszę tylko schować trochę ogórków przy następnym kiszeniu.