Nike Farida „Żona”

Ponieważ byłam na spotkaniu autorskim w warszawskim Empiku, na promocji książki Nike Faridy „Żona”, chciałabym polecić tę książkę również Czytelnikom naszego bloga, tym, których interesuje tematyka arabska.

Nike Farida w powieści „Żona” świetnie nakreśliła portrety psychologiczne bohaterów – ich mentalność, motywy działania, postępowanie bohaterów wynikające nie tylko z tradycji, realiów obyczajowych i wychowania, ale także to wynikające ze zmieniających się życiowych okoliczności, w których się oni znaleźli.

Cechy charakterów muzułmanów (te dobre i te złe) opisanych przez Nike Farida, to opis oparty na wieloletnim doświadczeniu obcowania z ludźmi z tego właśnie kręgu kulturowego, znajomości ich kultury i głębokiego wglądu w nią z pozycji bycia wśród nich. Trafne formułowanie ocen, wychwycenie tego wszystkiego, co jest w tej kulturze niezrozumiałe dla nas i często niesprawiedliwie oceniane, ale również tego, co jest w niej piękne i wartościowe. Ciekawe opisy relacji międzyludzkich na styku różnych kultur i religii.

Poza samą fabułą książki, podobało mi się również „osadzenie” akcji w politycznych realiach epoki Kaddafiego na Bliskim Wschodzie i informacje związane z ówczesnym libijskim życiem politycznym i społecznym. Niewiele wiedziałam na ten temat wcześniej i chętnie o tym przeczytałam.

WP_20160331_002[2]

Wesołe miasteczko w Mahalli

W naszym zakurzonym, kamiennym, rodzinnym mieście jest jedno miejsce, na które dzieci mówią Garden. Chociaż po angielsku oznacza to ogród, z ogrodem raczej nie ma nic wspólnego, ale jest fajne. Fajne, bo są w nim karuzele, zjeżdżalnie i samochodziki, czyli wszystko, czego potrzeba dzieciakom do szalonej zabawy. Wesołe miasteczko mieści się 10 minut spacerkiem od naszego domu, więc wybraliśmy się, bo zachęca już z daleka oświetlonymi wieczorem, wysokimi konstrukcjami. W środku, jak na egipskie warunki, jest naprawdę przyzwoicie. Karuzele są zadbane, kolorowe, gra muzyka, dzieci mogą poczuć się jak w naprawdę innym świecie. Wstęp kosztuje symbolicznego funta, ale ja weszłam za darmo, jako, że cudzoziemka (wciąż budzę sensację w tym mieście).
garden 4

Share2016-03-05-00764ae12f47f64611524c04d62abe10f3f8c08808220eeb7fd6b40a14fb93ee-Picture[1]
Share2016-03-05-56e7a580adfaa8dc6628b40bc97ecb2eb6a43283869d5cb316b7a45b0d7c0fb3-Picture[1]
Ceny biletów na poszczególne karuzele wahają się między 3 a 5 funtów egipskich (czyli około 2-3 PLN), co nie jest wygórowaną kwotą, jednak należy pamiętać, że dzieci w rodzinie jest zazwyczaj kilkoro, a każde z nich chce pojeździć sobie kilka razy na różnych atrakcjach. Tak więc z wizyty w wesołym miasteczku można wyjść uboższym o kilka procent swojej miesięcznej pensji (ja wydałam za jednym razem 25 egp, czyli średnio rodzina może liczyć się z wydatkiem około 75 egp, a pensje to około 1200- 1500 egp). Tak więc modny Garden jest dość drogi.
Share2016-03-05-6102f1a2ea5381c05cf7ab59e48d8a0ea94e2e07f7b3d8826e33822886be4d87-Picture[1]
Jednak spokojnie można skorzystać z innej karuzeli, mieszczącej się na naszej ulicy i na wielu innych uliczkach. Ba, są nawet 3 karuzele, bujane ręcznie przez pana, który pobiera opłatę 1 egp od dziecka. Szczerze mówiąc, mój synek uwielbia te uliczne, stare karuzele, z wielka radością też wita się z ich właścicielem. Zwraca się do niego „wujku”. Pan ten obok swojego przybytku umieścił mały kramik, gdzie ma wszystko, co niezbędne, a więc odwróconą skrzynkę, a na niej czajnik elektryczny, szklankę, cukier i herbatę. Siada sobie na dużym kamieniu, a kiedy ja wracając z zakupami, zatrzymuję się tam na kilkanaście minut – przynosi mi krzesło z pobliskiego sklepu. Zawsze ostrzega, że krzesło nie ma jednej nogi i żebym siedziała bardziej na lewej stronie.
P1010462
P1010461
To wszystko jest niezwykle urocze, chociaż warunki i ogólne wrażenie może wydać się dość szokujące. Jednak nie o pozory chodzi, ale o zaangażowanie i radość, jaką ten człowiek ma w sobie, oraz to, że ma taki właśnie pomysł na życie i zarobkowanie, a przy okazji uszczęśliwia dzieciaki, które nie mogą iść na to droższe wesołe miasteczko. Na noc oczywiście karuzele są zablokowane, żeby nie bujać się całkiem za darmo;)

Znów trochę o kuchni

Ponieważ Czytelnicy często pytają o zwyczaje kulinarne a nawet przepisy egipskie, wykorzystam okazję, że właśnie mamy szczyt sezonu na świeży bób. W Sharmie zawsze kupowałam mrożony i gotowałam sobie po polsku, jedząc tylko środek, a łupinki wyrzucając. Tutaj jednak przekonałam się, że można go jeść na surowo, podobnie jak groszek i jest przepyszny! Jeśli się nie przesadzi, to wcale nie trzeba brać później Nospy czy Ulgixu:) Przedwczoraj już po raz drugi moja teściowa zrobiła bób w sosie pomidorowym z kawałkami wołowiny. Część „fasolek” wyłuskała ze wspólnej, długiej łupiny, a część podłużnych łupinek, zawierających około 5 ziaren, pokroiła do sosu. Nie mieściło mi się w głowie, że można jeść nie tylko brązowe łupiny bobu, ale też całe strączki. A jednak można, do tego są naprawdę pyszne. Trzeba gotować je dość długo, ale mniej więcej o połowę krócej niż wołowe mięso.

Kiedy to piszę, teściowa, dwie szwagierki i siostrzenica męża łuskają zielony groszek, który leży w ilości 15 kilogramów na środku pokoju. Też jest na niego szczyt sezonu. W tym domu nie uznaje się niczego sztucznego, czy też niewiadomego pochodzenia, dlatego mrozi się duże ilości świeżych warzyw, przecierów z pomidorów (zrobionych wtedy, kiedy są najsmaczniejsze), a ostatnio nawet musy z truskawek.

W Polsce kupuje się na targu groszek i bób już wyłuskany. Tutaj nie. Strączki się jednak nie marnują, bo jedzą je kaczki i kury, które prawie każdy hoduje na dachu. Co do kur…moja teściowa znów jest mistrzynią w tym temacie. Nigdy nie kupi drobiu w supermarkecie, bo jest jej zdaniem niedobry. Kaczki ma swoje, ale kurczaków już nie hoduje, bo nie miała siły na aż tak ciężką pracę. Jednak lata opieki nad tymi zwierzakami wyrobiły w niej nawyk wybierania ptaka, którego ma kupić u któregoś z wielu rzeźników drobiu. Nie wiem jak to robi, ale kurczak przez nią kupiony zawsze jest miękki. Natomiast ja i mój mąż, mimo zapewnień sprzedawcy, przynosimy do domu twardego, ciągnącego się kuraka, którego nawet kilka godzin gotowania nie jest w stanie zmiękczyć. Dlatego postanowiliśmy już więcej sami nie wybierać.

Mimo, że Mahalla to duże, przemysłowe miasto,  żyje się tu jak na wsi. I to na bardzo ekologicznej wsi, gdzie można kupić na ulicy codziennie świeżutkie warzywa, wprost z wozu ciągniętego przez konia lub osiołka. Sprzedawcy nawołują głośno, zachwalając swoje towary. Pod koniec dnia robią też promocje, aby sprzedać pozostały towar.

Od dawna chciałam też polecić Czytelnikom naprawdę pyszne i proste danie, często przyrządzane przez Egipcjanki, a mianowicie kalafiora smażonego w cieście z mąki i jajka, koniecznie z dużą ilością koperku w panierce oraz ulubionych przypraw i pietruszki, jeśli ktoś lubi. Kalafiora należy wcześniej ugotować (al dente), a następnie podzielić na dość duże kawałki, aby było wyraźnie czuć, co jest pod smakowitą panierką.

Mimo, że dziś wymienione produkty są zdrowe i prawie dietetyczne, to i tak w Egipcie schudnąć się nie da – jedzenie to przewodni temat w każdym domu. Skorzystajcie jednak z przepisu na bób w nowej odsłonie i smażonego kalafiora – przynajmniej zdrowsze i mniej kaloryczne niż wypieki z fornu:)

Serial, który wyciska łzy z oczu, czyli codzienne wypadki Saiby

Myślałam, że brazylijskie seriale są kiczowate, chociaż wiele razy sama dałam się wciągnąć w ich zabójczą fabułę. Nie znałam jednak indyjskich! Poznałam je dopiero tu, w Mahalli, a właściwie jeden, za to puszczany codziennie, oprócz weekendów. Godziny wieczorne to pełne oczekiwania napięcie, szwagierka i teściowa pilnują zegarka, żeby nie przeoczyć odcinka, podczas emisji którego telewizor ryczy tak głośno, że dostaję ataku lęków.

Serial ten opowiada o pięknej Hindusce imieniem Saiba. Nie wiem dokładnie o czym, gdyż „rdzeniem” fabuły są nieszczęśliwe wypadki Saiby, które ma w każdym odcinku. Razem z teściową i szwagierką film ogląda też mój czteroletni synek i ośmioletnia siostrzenica męża, przeżywając z otwartymi buziami tragiczne wydarzenia. W pierwszym, który widziałam, odcinku, bohaterka wpadła do wody i topiła się przez połowę czasu antenowego, przez drugą połowę natomiast  leżała wyciągnięta z wody, lecz nieprzytomna, bez oznak życia, wśród rodziny, trzymana w ramionach płaczącego i krzyczącego męża. Reszta osób też zawodziła bez pamięci, lecz na sam koniec Saiba odkaszlnęła, i spojrzała czule w oczy swemu małżonkowi. Cały czas wyglądała pięknie i miała nieskazitelny makijaż. W drugim odcinku włosy wkręciły jej się w wiatrak, a krzyk trwał około 10 minut. W następnym wpadła w jakiś dół podczas burzy, a w jeszcze kolejnym do otwartego kanału. Za każdym razem zostaje cudownie uratowana, lecz dopiero na końcu, gdyż podczas akcji zachodzi poważne podejrzenie jej śmierci, opłakiwane i okraszone wspomnieniami z pięknych, wspólnie spędzonych z poszkodowaną chwil. Wspomnienia te są wyświetlane, oczywiście przy akompaniamencie smutnej muzyki, co trwa również kilka minut. I tak schodzi calutki odcinek, czasem wplatane są jakieś rodzinne rozmowy, zazwyczaj smutne i polegające na rozwiązywaniu tragedii Saiby.

Wczoraj jednak wydarzyła się prawdziwa masakra, ponieważ Saiba wpadła (nie wiem jak, bo przeoczyłam) do jakiegoś większego kanału, przez co znalazła się głęboko pod ziemią. Brakowało jej tlenu i umazana na twarzy, omdlewała na ściankach małego pomieszczenia. Na górze, na powierzchni ziemi, ci sami, co zwykle ludzie, zawodzili i rwali włosy z głów, a jej biedny ojciec w turbanie, mało sam nie zemdlał z nerwów. Mąż oczywiście był w szoku i bardzo płakał.

Moja szwagierka na każdym odcinku siedzi ze łzami w oczach, więc nie śmiem się śmiać. Kilka razy tylko powiedziałam, że ta dziewczyna za każdym razem ma jakiś wypadek, ale tylko przytaknięto mi poważnie głową. Jednak jedno podoba się nam, wszystkim kobietom w domu – ten płaczący mąż. Możemy przez to straszyć mieszkających z nami mężczyzn, co się może stać, jeśli nie będą o nas wystarczająco dbali. Jednak oni nie oglądają serialu – uciekają na pierwsze takty rozpoczynającej go melodii:)

 

Randka urodzinowa o wschodzie słońca

To jest coś:-) To była pierwsza taka randka w moim życiu… Wybierałam się na moje urodziny, 22 lutego- do Abu Simbel, już od trzech lat. I corocznie jakoś to nie wychodziło, coś się nie złożyło, było coś ważniejszego do zrobienia. Jak to w życiu bywa…

W tym roku podjęłam mocne postanowienie – teraz albo nigdy. Uważam, że los się mści za brak zdecydowania w życiu. Tym bardziej czułam, że muszę tam teraz jechać, ponieważ oprócz moich urodzin i święta Ramzesa II – jednego z najpotężniejszych faraonów egipskich, przypadającego tego samego dnia, w tym roku dodatkowo jeszcze 22 lutego przypadła pełnia księżyca. To był dla mnie wyraźny znak. Lepszej okazji nie będzie. Yalla:-)

Naładowana już pozytywną energią po wizycie w Mahalli, u rodziny mojego zięcia Aymana, (oczywiście nie chcieli mnie puścić i musiałam obiecać, że wrócę), kupiłam bilet lotniczy z Kairu do Asuanu i ruszyłam, czując dosłownie dreszcze emocji. Dlaczego 22 lutego zjeżdża się do Abu Simbel tyle osób z całego świata. Przyjeżdżają nocą i czekają cierpliwie przed świątynią na wschód słońca? Tylko dwa razy w roku – 22 lutego i 22 października – wschodzące słońce oświetla swoimi poziomo padającymi promieniami wejście do wewnątrz świątyni, do jej głównego sanktuarium, i to, co się tam wewnątrz znajduje, można zobaczyć w tym wyjątkowym, naturalnym oświetleniu. Atmosfera jest rzeczywiście wyjątkowa. I stąd miałam aż tyle gości na swoich urodzinach. Miałam nawet nubijską kapelę grającą na żywo. Niestety, nie była to melodia Happy birthday:-)

P1010426

P1010444

Plany miałam szersze niż tylko wizyta w Abu Simbel, najdalej na południe Egiptu wysuniętej, starożytnej świątyni, tuż przy granicy egipsko-sudańskiej. Chciałam obejrzeć tereny starożytnej Nubii, która kiedyś, w starożytności była niezależnym państwem, podbita następnie przez potężnego faraona Ramzesa II, a w nowożytnych czasach podzielona terytorialnie i społecznie pomiędzy Egipt i Sudan. Nubijskie starożytne zabytki znajdują się w obu tych krajach. Zwiedziłam najważniejsze z tych, które są na terytorium Egiptu, m.in. świątynia File poświęcona bogini Izis, pięknie usytuowana na jednej z wysp na Nilu.

WP_20160220_010[1]

 

Z niedowierzaniem i wielkim podziwem słuchałam fascynującej historii ratowania tych zabytków przed zagładą, na jaką niechybnie były narażone, kiedy po kolejnych etapach rozbudowywania Tamy Asuańskiej, ziemie nubijskie zaczęły stopniowo być zalewane przez wody Jeziora Nasera – tego gigantycznego zbiornika, który miał spowodować ożywienie egipskiego rolnictwa. To niezwykłe, niewiarygodne wręcz historie. Jak cała historia Egiptu. Poznałam Nubijczyków, którzy wysiedleni z zalanych terenów, żyją w na nowo wybudowanych wioskach, położonych na terenach niezagrożonych potopem. Nubijczycy to niezwykli ludzie, inni niż Egipcjanie, przypominali mi raczej Berberów, których poznałam podczas ubiegłorocznej wyprawy do oaz na Pustyni Zachodniej. Łagodni, spokojni, uśmiechnięci. Szczerze uśmiechnięci. Byłam w ich domach.

WP_20160221_001[1]

WP_20160221_002[1]

Byłam w autentycznej nubijskiej wiosce, nie takiej sztucznie wykreowanej na potrzeby turystów, jak te wioski pseudo-beduińskie na obrzeżach Sharm el Sheikh. Dałam sobie nawet zrobić tatuaż henną (na zdjęciu).

Z Asuanu do Kairu wracałam pociągiem. Chciałam sprawdzić, jak się podróżuje po Egipcie pociągiem.

WP_20160223_002

Można śmiało. A od widoków za oknem nie można oderwać wzroku. Tylko jadąc tak tym pociągiem i kontemplując widoki za oknem, ogarnął mnie smutek, a właściwie melancholia. Uświadomiłam sobie, na jakie całkowicie złe tory została sprowadzona egipska turystyka. Sami  Egipcjanie tego dokonali. Sprowadzili do Egiptu tzw. masowego turystę, który siedzi w kurorcie na plaży i nie ma pojęcia, co Egipt ma najcenniejszego do zaoferowania. I dziwne też wydało mi się, że czekając w nocy przed wejściem do świątyni Abu Simbel, rozmawiając z innymi turystami – z Kanady, USA, Japonii, Chin, nawet Indii i Australii  (z którymi stanowiliśmy swoistą jedność pożyczając sobie skrawek ciepłego szala), nie natknęłam się na nikogo z Polski…

Cała trasę mojej wyprawy na tereny starożytnej Nubii i szczegóły pobytu tam opiszę w naszej drugiej książce, tak jak w „Księzycu zza nikabu” opisałam szczegółowo podróż ze Starego Kairu poprzez oazę Baharija aż do rajskiej Siwy. Widzę z komentarzy, że niektórzy nasi Czytelnicy tęsknie wyczekują na kolejne wpisy Moniki, więc nie będę ich zanudzać:-)

Ewa Z.

Nowy wpis

Gorąco polecam opublikowany dziś w naTemat.pl nowy rewelacyjny artykuł Moniki:

www.monikaabdelaziz.natemat.pl

Artykuł ten jest też dzisiaj promowany na stronie głównej w naTemat.pl

Ukazała się też najnowsza recenzja naszej książki, w której to recenzji wreszcie ktoś (w tym przypadku recenzent P. Adam Kraszewski) wyraźnie określił, dlaczego warto przeczytać naszą książkę…. Bo największą wartość w niej stanowią te nasze osobiste wyznania, których nie było na blogu:-)

http://recenzjeksiazek.natemat.pl/175555,ksiezyc-zza-nikabu

Dziś jest piątek. Piątek w Mahalli.

W krajach muzułmańskich piątek jest dniem świątecznym, wolnym od pracy. Wyszłam rano na balkon i poczułam od razu, że jest inaczej niż w pozostałe, powszednie dni. Większość małych sklepów na ulicy pozamykana, wszystko przed domami jakoś tak schludniej podmiecione, posprzątane. My dodatkowo tu w Mahalli gościmy na weekend, czyli piątek i sobotę, najstarszą siostrę Aymana, która wraz z mężem mieszka w Kairze, więc jest nas w całym domu sporo osób. Zapachy gotujących się na obiad potraw obudziły wszystkich już o świcie. Przypuszczam, że teściowa Moniki zaczęła działać w kuchni już od 4.00 nad ranem. O 7.00 poszła na piątkowy cotygodniowy targ, gdzie kupiła świeżutkie  warzywa, sery i jajka przywożone na sprzedaż z okolicznych wsi.

Mniej więcej pół godziny przed południem zaczęło rozbrzmiewać głośne nawoływanie muezzina na piątkową modlitwę do meczetu. Stałam znów na balkonie i obserwowałam ubranych odświętnie mahallawych, podążających ulicą w stronę, gdzie wiedziałam, że jest meczet. Szli mężczyźni i chłopcy. Niekiedy sami chłopcy – grupka kolegów, z których ci na przedzie nieśli ze sobą dywaniki modlitewne, a ostatni niósł piłkę, żeby mogli sobie razem pograć, zaraz jak tylko skończą się modlić. A kto wie, czy wytrwają z tą piłką w meczecie do końca modlitwy.

P1010484

 

Niekiedy ojciec prowadzi ze sobą synów, w drodze powrotnej do domu kupi im coś słodkiego, np. watę cukrową barwioną na różowo albo ciastka w cukierni, czyli pobliskim fornie. Może też zatrzymają się przy karuzeli lub huśtawkach. Jeden większy chłopiec, ubrany w białą galabeiję, z pięknie ułożoną fryzurą i dywanikiem modlitewnym w ręku, podąża do meczetu sam. Chwilę później widzę małego chłopca, może ośmioletniego, z dredami i w rastafariańskim berecie. Też idzie się modlić… Wygląda trochę śmiesznie i dziwnie zarazem.

P1010485

P1010483

 

Nie widzę kobiet w tym orszaku zmierzających do meczetu. A wiem, że w meczetach są oddzielne sale, gdzie modlą się kobiety. Pytam Monikę, dlaczego tak jest. Przeważnie zostają w domu, modlą się w towarzystwie sióstr i córek, i doglądają gotującego się piątkowego obiadu. Na całej ulicy ładnie pachnie mięsem duszonym z czosnkiem i kuminem. W piątki prawie we wszystkich domach przygotowuje się potrawy mięsne. Ponieważ mięso jest w Egipcie bardzo drogie, wiele rodzin może sobie pozwolić na mięsny posiłek tylko ten jeden raz w tygodniu.

Wczoraj późnym popołudniem poszłyśmy we trzy – Monika, ja i najstarsza siostra Aymana – do rzeźnika. Udźce i inne części z wołu wisiały na metalowych hakach, przykryte nieskazitelnie czystą białą gazą. Amal kazała sprzedawcy odkroić 3 kg mięsa bez kości z udźca. Zamysł był taki, że to ja z Moniką miałyśmy dziś przygotowywać obiad, coś po polsku. Planowałyśmy bitki w sosie albo zrazy zawijane. Jednak, kiedy rano wstałyśmy, a obudził nas zapach dochodzący z kuchni, teściowa już gotowała gulasz wołowy z marchewką i świeżo wyłuskanym zielonym groszkiem. Śmiałyśmy się, że powinnyśmy wstać o 3.00 nad ranem, żeby zdążyć do kuchni przed teściową. Nie pozostało nam  nic innego, jak udać się do cukierni i przysłużyć się wspólnemu gotowaniu zakupując pół brytwanny konafy z waniliowym puddingiem i kilograma tzw. makaroników, czyli kruchych ciasteczek w kształcie gniazdek z orzechami pistacjowymi w środku.

Ewa Z.

Zakupy na suku w Mahalli c.d.

W przeciwieństwie do sklepów z tkaninami, sklepy z bielizną osobistą zaskoczyły mnie tak, że aż zaniemówiłam. Nie uważam się za osobę pruderyjną, ale doświadczenie wizyty w sklepie house lingerie, czyli bielizna domowa, zrobiło na mnie duże wrażenie. Kiedy Monika wskazała, że wchodzimy tu…

WP_20160224_037[1]

powiedziałam:

- Jak to tu? – Przecież to sklep z bielizną erotyczną! – Sama wystawa na to wskazuje. _ widzisz?

- No widzę przecież! – odpowiada Monika. – Tu są wszystkie rodzaje bielizny. – Weź Mahmoudka za rękę, żeby nie poszedł gdzie indziej.

W sklepie, którego towar obrzuciłam szybkim jak błyskawica spojrzeniem, zorientowałam się, że rzeczywiście jest tam bielizna na każdą okazję, od bawełnianych gaci (z egipskiej bawełny:-) wielkości namiotu, poprzez subtelne ślubne niewinne majteczki, aż do tak wyrafinowanych erotycznie wzorów i kolorów, jakich nie widziałam w europejskich sklepach. Mahmoudkowi, który był z nami i zaczął od razu szukać dla siebie „mańtów” ze spidermanem, bardziej przydałaby się opaska na oczy niż trzymanie go za rękę. Zwłaszcza, kiedy skierował swoje kroki w stronę wiklinowego kosza, w którym stały różnej wielkości skórzane pejcze.

Monika śmiała się widząc moją konsternację, którą wzmocniła dodatkowymi bodźcami, kierując dyskretnie moją uwagę w kierunku lady sklepowej, za którą siedzieli właściciele biznesu – kobieta z zakrytą nikabem twarzą i jej mąż, bogobojny muzułmanin z Koranem przed nosem.

- Matko święta – myślałam. – Ja już nic z tej kultury nie rozumiem! – O co tu w tym wszystkim chodzi? – Fałszywy i udawany wstyd, czy jakieś cudaczne chwyty marketingowe?

Po wyjściu ze sklepu Monika wyjaśniła mi (wciąż się śmiejąc), że często widywała takich właśnie muzułmanów pracujących w sklepach z bielizną. I nie widzi w tym nic dziwnego, bo islam nie ogranicza życia seksualnego małżonków wyłącznie do celów prokreacyjnych, zezwalając na świadome czerpanie radości i przyjemności z cielesnego współżycia, a właściwie sugerując troskę o dawanie sobie tego nawzajem.

Tyle godzin spędziłyśmy w bazarowych sklepach i w kawiarenkach ze świeżo wyciskanymi sokami, że wizytę w pracy u ulubionego Mahmoudkowego wujka (po nim ma imię) odłożyłyśmy na następny dzień, po części również dlatego, że nie zdążyłyśmy kupić cekinowych taśm, którymi mają być ozdobione mankiety i kaptur wymyślonego sobie przez Monikę isdala.

Share2016-03-11-894f28757588b708b40527010537208ec9e7c8cc5b90cae0f115e57d1dde4d28-Picture[1]

Share2016-03-11-f16dd1a1f1f486b8f34de897a33f1a2b74cd007ea1aacf29daecf96a48acd57c-Picture[1]

Share2016-03-11-da04e86984d8b8a2e648cd393ebdca6aaafdaed0f905d4d5c859613bd4830531-Picture[1]

Tak właśnie (jak wyżej) wygląda pracownia krawiecka wujka, a nasz Mahmoudek stara się wujkowi asystować, w czym tylko się da. Usiłował nawet jeździć jego skuterem.

A tak pięknie wygląda uszyty właśnie w owej pracowni isdal:

Share2016-03-30-1933fa2f7b33359ebc7012a4de8345a60cf7972d37b8e691d78ee993242af1e1-Picture[1]

Ewa Z.

Zakupy na suku w Mahalli

Tak, jak ciepłe przyjęcie mnie w rodzinnym domu Aymana nie było dla mnie zbytnim zaskoczeniem, tak wyprawa po zakupy na suk (tradycyjny arabski bazar) w Mahalli, zaskoczyła mnie totalnie. Nie spodziewałam się, że Europejka znajdzie tam tyle atrakcyjnych towarów do kupienia dla siebie. Monika czekała na mój przyjazd również dlatego, żebyśmy mogły we dwie chodzić do woli od sklepu do sklepu nigdzie się nie spiesząc, przymierzać wszystko, co nam się podoba i upajać się swoistym urokiem i atmosferą typowego arabskiego bazaru, całkowicie innego niż bazary w turystycznych kurortach, z drogą ofertą skierowaną do zagranicznych turystów. Głownie interesowała nas odzież, Monika chciała kupić sobie jakieś domowe galabeije, bieliznę osobistą i tkaninę na elegancki isdal z kapturem, którego uszycia podjął się Mahmoud – najmłodszy z braci Aymana, ten, który zarządza rodzinnym zakładem krawieckim, pełniąc w nim jednocześnie funkcję krawca numer 1.

WP_20160224_039[1]

Sklepy z bardzo eleganckimi strojami „wyjściowymi” dla kobiet – bogato zdobionymi w tym sezonie, wciągnęły nas nas na długo. Przepiękne suknie, często z wdziankami i torebkami do kompletu, podobały mi się tak bardzo, że gdybym planowała dłuższy pobyt w Mahalli, albo była tam zaproszona na jakieś wesele, to z pewnością nie oparła bym się pokusie zakupu jednej z nich.

WP_20160224_036[1]

W sklepach ze strojami domowymi, oprócz typowych arabskich galabeiji, które dla mnie wyglądają jak koszule nocne albo szlafroki, można kupić bardzo ładne komplety typu dresy – spodnie z bluzą, w wersji cienkiej albo bardzo ciepłej – w tak szerokim wyborze i tak dobrze uszyte, że zadowoliłyby chyba nawet najbardziej wybredne europejskie gusta. Podobnie jak odzież typu casual w europejskim stylu, która jest preferowana przez młodsze i bardziej postępowe egipskie kobiety. Jakość tej odzieży wydała mi się znacznie lepsza niż tej produkowanej masowo w Chinach.

Sklepy z tkaninami w zasadzie nie były dla mnie zaskoczeniem. Wiedziałam, że w Delcie Nilu uprawia się najlepszą na świecie bawełnę i w samej Mahalli jest mnóstwo przędzalni, tkalni i manufaktur krawieckich i hurtowni tekstylnych. Wszak to największy w Egipcie ośrodek przemysłu włókienniczego i odzieżowego. W sklepach z tkaninami – wybór oszałamiający. Wszystko poukładane na regałach według rodzaju tkanin: na męskie garnitury, damskie płaszcze i kurtki, suknie wieczorowe i eleganckie, dżerseje, koronki, tiule i inne cudeńka. Monika kupiła wszystko to, co planowała, a nawet znacznie więcej, czym z pewnością zaskoczy swojego szwagra. Ja również dałam się oszołomić na tyle, że sprezentowałam sobie lekko rozciągliwą tkaninę w czarno-srebrną „panterkę”, zupełnie nie mając pojęcia, co z niej uszyję i gdzie. No, ale przecież nie mogłam wyjść z tego sklepu z pustymi rękami, bo pewnie później bym tej okazji żałowała.

WP_20160224_034[1]

WP_20160224_035[1]

Dobrze, że skończyło się tylko na tym jednym zakupie, bo nie wiem jak bym się zabrała do Polski z kolejną partią ważnych dla mnie rzeczy, które wywoziłam z Egiptu już na zawsze. Nie wykluczam, że jeszcze kiedyś pojadę do Mahalli, to wówczas obkupię się już planowo.

Ewa Z.

Życie ulicy w mieście Mahalla

Mahalla el Kubra to typowe duże przemysłowe miasto egipskie. Życie w takim mieście nigdy nie usypia, a dla mnie podglądanie tego wszystkiego, co się wokół dzieje, było tak absorbującą czynnością, że czekałam ciągle na odpowiedni moment, żeby wyjść niepostrzeżenie z salonu na na balkon, albo w ogóle wyjść do miasta pod byle pretekstem.

Od pierwszych chwil uwagę moją przykuła architektura i to, co nazywamy w Europie zagospodarowaniem przestrzeni. No….. różnice w tym zakresie między egipskimi a europejskimi miastami są nie do opisania. Trochę widać na zdjęciach. W Egipcie buduje się, jak kto chce, bez żadnych zezwoleń na budowę, każdy według swoich upodobań i potrzeb, a miejskie plany zagospodarowania przestrzennego po prostu nie istnieją. Mafisz (nie ma). Halas!

Rodzinne kamienice są zawsze kilkukondygnacyjne, bo zgodnie z tradycją, jeśli kogoś na to stać, każdy z synów powinien mieć swoje oddzielne mieszkanie, zajmujące jedno piętro we wspólnym domu. Przestrzeni w poziomie jest mało, więc budynki pną się w górę. Niektóre wyglądają jak wieżowce (na zdjęciach poniżej), można doliczyć się nawet dziewięciu pięter (rodzice i ośmiu synów), ale wciąż są to kamienice należące do jednej rodziny.

WP_20160227_014[1]

WP_20160227_012[1]

 

Nawet, jeśli któryś z synów wyjechał do pracy do innego miasta albo za granicę, jego mieszkanie w rodzinnym domu musi zawsze na niego czekać. Na wynajem lub sprzedaż buduje się inne domy, równie wysokie, bo przestrzeń jest w cenie, a zapotrzebowanie na mieszkania – ogromne.

Ulice są w większości wąskie, a nawet bardzo wąskie, również dlatego, aby nie pozwolić na wpadanie zbyt dużej ilości słońca do mieszkań. Wszystkie okna mają drewniane okiennice. Mnie akurat przeszkadzał ten brak wystarczającej ilości dziennego światła w domach, ale Egipcjanie chowają się przed słońcem i tu tak musi być. Przy wszystkich balkonach porozciągane są sznurki do suszenia prania, z przypiętymi do nich ubraniami, pościelą, wietrzącymi się kocami, i często stanowi to jakąś swoistą ozdobę elewacji, ponieważ niewiele budynków jest otynkowanych z zewnątrz. Właściwie pranie rozwieszone jest przed balkonem każdego mieszkania, bo Egipcjanki piorą na potęgę, a i mają kogo opierać:-) Z niektórych mieszkań na wysokich piętrach zwisają przywiązane na długiej lince koszyki lub plastykowe wiaderka. Żeby nie biegać za często po schodach na górę, wciąga się w nich jakieś drobne zakupy ze sklepu na dole albo coś, co jest akurat bardzo potrzebne, a jest w posiadaniu rodziny lub zaprzyjaźnionej sąsiadki z dołu lub z naprzeciwka.

Uliczny handel obwoźny to genialna sprawa – tradycja zakorzeniona w Egipcie chyba od niepamiętnych czasów. Zaraz po porannym pianiu kogutów, dochodzącym z dachów wielu domów (na wielu poddaszach hoduje się ptactwo domowe), zaczynają się rozlegać donośne nawoływania sprzedawców, którzy oferują wymianę butli gazowych oraz rozmaite produkty rolne, właśnie dopiero co zebrane z pola lub sadu, a nawet żywy jeszcze drób. Niektórzy sprzedawcy mają towar ułożony na pace samochodu, a niektórzy na drewnianej platformie-wózku zaprzęgniętym do konia, albo częściej – osła. Aby obwoźny sklep nie umknął niczyjej uwadze, wszyscy zachwalają bardzo głośno oferowane przez siebie towary, używając do tego megafonów, takich samych, jak używa się podczas publicznych manifestacji.

P1010468

P1010471

P1010474

P1010480

Handel obwoźny kwitnie, bo ceny są bardzo konkurencyjne w stosunku do cen w supermarketach, a nawet małych sklepikach, a państwo nie pobiera opłat od handlujących w ten sposób. Kupuje się spore ilości, bo warto, np. 10 kg pysznych pomarańczy (za równowartość ok. 5 zł polskich), 5 kg truskawek albo skrzynkę świeżych pomidorów lub ogórków.

Ewa Z.

Moja pierwsza wizyta w Mahalli c.d.

Trzeciego dnia mojego pobytu w rodzinnym domu Aymana, mojego zięcia, przyjechały w odwiedziny dwie siostry teściowej Moniki, które mieszkają na wsi oddalonej od Mahalli o jakieś 60 km. Przywiózł je syn jednej z nich, od razu zaprezentowany mi jako oficer wojskowy. Teściowa usadowiwszy się na kanapie obok mnie objaśniała, że w rodzinie jej obu sióstr prawie wszyscy mężczyźni są zawodowymi żołnierzami, dlatego wszystkim dobrze się powodzi. Do tego jeszcze czerpią dochody z rozmaitych upraw rolnych, gdyż posiadają żyzną ziemię na wsi, w świetnie zagospodarowanej rolniczo Delcie Nilu.

Wizyta była niby przypadkowa, przez zaskoczenie, ale Monika słyszała, jak jej teściowa poprzedniego dnia mówiła przez telefon swojej siostrze, żeby szybko przyjechały, bo polska babcia Mahmoudka (tak byłam najczęściej identyfikowana) będzie w Mahalli tylko kilka dni. Przyjechały więc od razu, przywożąc ze sobą cały bagażnik warzyw, owoców, jajek i serów, a wszystkie dzieci dostały od ciotecznych babć po 100 egipskich funtów w prezencie. Niezwykle sympatyczna była ta wizyta. Siostry teściowej, podobne do niej z urody, okazały się równie bezpośrednimi, ciepłymi i wesołymi kobietami jak ona sama. A ja czułam się, jakbym znała tę rodzinę już od wielu lat. Na pożegnanie sióstr i siostrzeńca hamato Monia (teściowa Moniki – tak to brzmiało po arabsku) także przygotowała dla nich prezenty – pełne reklamówki wypieków z fornu, kawę, herbatę i inne miejskie produkty, które na wsi trzeba kupować w sklepie.

Już wcześniej teściowa anonsowała przyjazd Amal, najstarszej ze swoich córek i mówiła mi, oczywiście w sekrecie, że uważa Amal za najpiękniejszą i najbardziej elegancką ze wszystkich kobiet w rodzinie. W końcu mieszka ona w stolicy, jest biegłą księgową, więc musi prezentować się szykownie. A do tego jej mąż, który pracuje od kilkunastu lat na międzynarodowym lotnisku w Kairze, awansował niedawno na jedno z wysokich stanowisk menadżerskich. Oni też, przyjeżdżając do rodzinnego domu Amal, przywieźli ze sobą cały bagażnik prezentów, głównie ubrań dla dzieci i kosmetyków dla dorosłych. Amal wypytała mnie dokładnie, co ja mam w swojej kosmetyczce, wszystko obejrzała i poprosiła mnie, abym kupiła jej kilka takich samych specyfików, kiedy będę następnym razem leciała do Egiptu. Proszę bardzo, mogę przywieźć nawet żywego żubra, bo jeśli przylecę do Kairu, to z pewnością będę miała VIP-owską odprawę pod nadzorem jej męża:-)

WP_20160227_004[1]

W ogóle zaobserwowałam, że życie rodzinno-towarzyskie w tym dużym domu koncentruje się w mieszkaniu głównej gospodyni, czyli teściowej, na parterze. Wszystkie mieszkania na piętrach są podobne, przestronne i mają taki sam rozkład. Wchodzi się do obszernego salonu, naookoło którego poustawiane są kanapy, fotele i kilka krzeseł w jednym szeregu. Duży stół pod ścianą, a na środku mniejsze stoliki i ławy. W sumie salon zapewnia ponad 20 wygodnych miejsc do siedzenia i polegiwania i zazwyczaj wszystkie te miejsca mają obłożenie. Między posiłkami bezustannie pije się kawę, herbatę, je owoce i słodycze, niektórzy oglądają telewizję albo drzemią w fotelach. Siostry hamato Monia modliły się też w tym salonie. Jedni goście i domownicy wychodzą, ciągle przychodzi ktoś następny. Nigdy nie ma nudy. Niewątpliwie, takie zażyłe stosunki rodzinne, nawet w bardzo dużej rodzinie, mają swoje zalety (jest tak, jak pisała o tym p. Maria w komentarzu do poprzedniego wpisu). Ale musi być też w tym umiar.

My, Europejczycy, daleko już odeszliśmy od takiego rodzinnego stylu życia i chyba nawet ja osobiście czułabym się po jakimś czasie zmęczona brakiem intymności i możliwości bycia sama ze sobą. Ale była to dla nas wszystkich wyjątkowa wizyta. Poza tym, jest to właśnie jeden z najważniejszych czynników różniących naszą zachodnią kulturę od tej bliskowschodniej – egipskiej w tym przypadku.

Ewa

P.S. Na zdjęciach wszystkie Egipcjanki są w chustkach na głowach, ale jeśli w domu jest tylko rodzina i kobiety nie pozują do zdjęć, to siedzą bez chustek. Wszystkie mają piękne włosy.

Moja pierwsza wizyta w Mahalli

To piszę ja, Ewa:-)

Będzie trochę nie chronologicznie, bo sama moja podróż autobusem z Sharm el Sheikh do Mahalli była bardzo ciekawa, ale może później wrócę do tego tematu, albo pójdzie do drugiej naszej książki, a teraz moje wrażenia z Mahalli.

Jak tylko znalazłam się w rodzinnym domu mojego zięcia Aymana, rozpoczęła się prezentacja całej rodziny zgromadzonej zgromadzonej w mieszkaniu teściowej Moniki – dwie starsze siostry  Aymana i ich dzieci oraz dwóch braci – jeden starszy, drugi młodszy. Trzeci brat pracuje we Włoszech. Najpierw wyściskałam i wycałowałam się z teściową, a następnie ona zaczęła mi tłumaczyć, kto jest kim, jakie wykształcenie mają jej córki i gdzie pracują. Oraz gdzie pracują ich mężowie i ile zarabiają. Od razu zrozumiałam, że w przypadku kobiet najbardziej istotną informacją jest wykształcenie i zawód, nawet jeśli nie jest wykonywany, a w przypadku mężczyzn – zawód i wysokość dochodów. Bracia Aymana, choć bardzo przystojni (wszyscy w tej rodzinie są wysocy, mężczyźni do tego szczupli) i mają dość pieniędzy na założenie rodziny, mieszkania gotowe, nie chcą się żenić. Twierdzą, że ożenek i kilkoro dzieci, to branie sobie na głowę masy problemów. Wygodnie im się żyje właśnie tak, po kawalersku. Ich matka niezmiernie nad tym ubolewa, bo wolałaby by mieć też synowe do pomocy w domu. Chciałaby również mieć więcej wnuków po linii męskiej.

Rozmawiamy po arabsku. Ja rozumiem, co wszyscy do mnie mówią i w prosty sposób potrafię też wiele rzeczy powiedzieć. Jeśli czuję, że nie daję rady,  że zaczyna mi brakować słów, przechodzę na angielski. Wówczas rodzeństwo Aymana rozumie wszystko, co mówię, a Monika tłumaczy na arabski swojej teściowej. Ona nie jest kobietą wykształconą jak jej córki, bardzo wcześnie wyszła za mąż i w wieku 17 lat urodziła pierwsze dziecko. Jednak podczas obcowania z nią daje się natychmiast zauważyć, że jest osobą bardzo inteligentną i ma jakąś wrodzoną klasę w zachowaniu, obycie towarzyskie, a nawet szlachetnie urodziwą twarz (mimo swojego statecznego już wieku) oraz wąskie zgrabne stopy, co w Egipcie postrzegane jest jako wysoki status pochodzenia rodzinnego. Wszystkie trzy siostry Aymana są pięknymi kobietami, choć o typowo arabskiej tuszy:-)

Muszę przyznać, że byłam głęboko wzruszona tak serdecznym i ciepłym przyjęciem mnie w Mahalli. Jest jeszcze jeden, szalenie istotny dla mnie aspekt tej wizyty. Poznawszy bliższą i dalszą egipską rodzinę mojego zięcia, przestałam się martwić o losy Moniki i Mahmoudka, gdyby zdecydowała ona wraz z Aymanem, że jednak chcą pozostać na zawsze w Egipcie. Nawet, kiedy ja będę daleko i nie będę mogła nad nimi bezpośrednio czuwać (chyba z tym przesadzałam:-), to wiem, że moja córka zawsze znajdzie solidne oparcie w tej rodzinie i otrzyma wszelką pomoc od nich, jeśli tylko zaistnieje taka potrzeba.

WP_20160224_029[1]

WP_20160224_008[1]

Już pierwszego dnia mojej wizyty w Mahalli, zaraz po wylewnych powitaniach, zaczęły wjeżdżać na stół wszystkie po kolei tradycyjne egipskie potrawy i takie ucztowanie bez umiaru, a właściwie wpychanie we mnie wszelakiego jedzenia, trwało już do końca mojego rodzinnego pobytu w Mahalli. Choć próbowałam się przed tym bronić, to nie znalazłam sposobu na skuteczną obronę. Zresztą okazało się, że w odwiedziny przybywają również krewni z innych miejscowości, więc biesiada przybierała z każdym dniem coraz większe rozmiary i coraz bardziej się rozkręcała towarzysko…

Share2016-02-22-2dd4f805a1ad25db1063225637d89d53908d83197fc67db5098e95eb6c62e97e-Picture_jpg[1]

Nowa droga do Egiptu

Już się zaraz zabieram do opisywania moich wrażeń z pobytu w Mahalli i Górnym Egipcie, tylko najpierw muszę poinformować o czymś ważnym, być może dla wielu Czytelników naszego bloga. Właśnie odkryłam nową drogę na Półwysep Synaj i czuję się jak Vasco da Gama, który odkrył nową drogę do Indii.

Ponieważ oprócz odwiedzin rodziny stacjonującej obecnie w Mahalli, musiałam stawić się w Sharm el Sheikh, aby domknąć pewne sprawy formalne związane z likwidacją naszej firmy w Egipcie, zastanawiałam się, czy polecieć z Polski do Hurghady, a potem kolejnym lotem do Sharmu, czy polecieć jakimiś regularnymi liniami do Kairu – z przesiadką i za wysoką cenę biletu. Rozwiązanie znalazło się samo, bo właśnie wtedy, kiedy się zastanawiałam, jak dotrzeć do Sharm el Sheikh, tanie linie lotnicze Ryan Air uruchomiły nowe połączenie, z Krakowa do Ejlatu (lotnisko Ovda) w Izraelu. Do Krakowa nie mam tak daleko, a Ejlat ma przejście drogowe z Tabą na Synaju, więc zakupiłam bilet w obydwie strony za kwotę 370 PLN!!!:-) i ruszyłam nową trasą. Samolot był całkowicie wypełniony pasażerami, więc wyglądało na to, że Ryan Air trafił w potrzeby pasażerów. Leciały jakieś grupy pielgrzymkowe, bo cena biletu z pewnością jest znacznie bardziej atrakcyjna niż do Tel Avivu, część pasażerów zamierzała plażować w Ejlacie, a część wsiadła w ten sam co ja autobus transferowy, który zawiózł nas pod samo przejście graniczne do Taby. Kierowca autobusu poinformował nas, o której godzinie mamy być na przystanku, aby zabrać się na lotnisko na lot powrotny do Polski.

Na zdjęciu: drogowe przejście graniczne Ejlat/Taba

Podobała mi się sprawna organizacja całej akcji transportowej i doszłam do wniosku, że jest to jakiś sposób na spędzenie wiosennych wakacji w Egipcie, jeśli chce się koniecznie je spędzić na Synaju. Jest już cieplutko, moim zdaniem bezpiecznie, spokojnie – bo mało turystów i tanio, bo hotele oferują bardzo duże zniżki. Zwłaszcza najlepsze hotele w Tabie, bo niektóre hotele w Sharm el Sheikh wolą trzymać puste pokoje niż dać Europejczykom zniżkę. Albo wolą sprzedać tanie pakiety pobytowe Egipcjanom po to, aby potem włożyć te pieniądze w konieczny remont hotelu. Tylko trzeba to wszystko zorganizować sobie indywidualnie, bo biura podróży nie mają takich opcji w ofercie. Na przejściu granicznym Ejlat/Taba pomagała mi z bagażami para młodych Polaków (dziękuję Wam:-), którzy udawali się do hotelu Movenpick Resort Taba. Z przejścia granicznego można tam dojść pieszo w 3 minuty.

W drodze powrotnej, ponieważ na przystanku za przejściem granicznym w Ejlacie musiałam być już o 9.30 rano, postanowiłam dać się odwieźć do Taby w przeddzień mojego wylotu do Polski i przenocować blisko granicy. Zawinęłam więc na nocleg ze śniadaniem do hotelu Movenpick Resort Taba i było to moje kolejne odkrycie. Przepiękny hotel, fantastycznie usytuowany i z bardzo dobrą obsługą. Mieli wśród gości trochę Europejczyków i sporo Egipcjan, ale ci Egipcjanie wydali mi się takimi bardziej pierwszego sortu niż ci, których obserwowałam w Sharmie. Po kolacji w przeddzień wylotu poszłam sobie na hotelową plażę i leżąc wygodnie obserwowałam w ciszy przepiękny widok na Zatokę Akaba oraz rozświetlone miasta Ejlat w Izraelu i Akaba w Jordanii. Bo wszystkie te trzy miasta – Taba, Ejlat i Akaba są położone bardzo blisko siebie.

Kto więc chce skorzystać z tanich tropikalnych wakacji teraz na wiosnę, to gorąco polecam tę opcję wyjazdową. Przelot do Ejlatu i pobyt w Tabie, najlepiej w hotelu Movenpick Resort Taba. Obiecałam, że ich zareklamuję na blogu, bo są tego warci:-)

Ewa