Koty i zapach szejha, czyli przeprowadzki etap drugi

Drugi i na szczęście ostatni, bo skoro już połowa rzeczy pojechała, to została mi tylko druga połowa, dwa koty i ja sama. Autobus odjeżdżał o 20.00, zdążyłam jeszcze pojechać do naszego weterynarza, doktora Alberta, odebrać gotowe paszporty moich kotek, uzupełnić szczepienia i wziąć środek nasenny dla nich na czas naszej podróży (miałam go podać krótko przed wyjazdem). Kolega męża, Yahia, który pomagał mi przy przeprowadzce, miał tego wieczora jechać wraz ze mną do Mahalli, ponieważ też tam mieszka, poza tym miał mnie chronić w czasie podróży:) Wcześniej zajrzeliśmy do biura firmy przewozowej Horas, aby porozmawiać z kierowcą na temat kotów.

- Czy ta kobieta zwariowała? Koty będą mi tu biegać po autobusie? Nie ma mowy!

- Ale ona je przecież zamknie jakoś, uniemożliwi im bieganie, – tłumaczy Yahia.

- Chyba że tak, mają być w kartonach i będą jechały z bagażami.

O nie! To są domowe czyste koty, jakoś to załatwimy, mają też specjalne klatki, kupione na podróż, – pomyślałam sobie. Psa z Polski przewiozłam do Egiptu czarterem w kabinie pasażerskiej, choć był na to dużo za duży, to i koty będą jechały tuż przy mnie w autobusie.

Rozmowa trwała kilka minut, a imię boże padało w niej wiele razy, bo kto to widział, żeby jeździć autobusem z kotami. Z kurami czy kozami to tak, ale z kotami! Oszalała kobita. W końcu udało się za opłatą 30 EGP, czyli około 15 PLN, umieścić koty w środku autobusu, tuż pod moimi nogami. Meble i reszta rzeczy dojechały na parking bez problemów, zostały zapakowane, a ja sama, mimo tłoku w autokarze, miałam wykupione 2 miejsca, aby żaden mężczyzna nie mógł koło mnie usiąść.

Oprócz kierowcy w autobusie jest jeszcze jeden ważny człowiek, a mianowicie kierownik autobusu (sama tak nazwałam tę funkcje). Sprzedaje bilety, które wcześniej są rezerwowane przez telefon, zarządza, kto będzie gdzie siedział oraz rozwiązuje bieżące problemy podczas podróży. A problemów nie brakuje. Kiedyś na przykład, byłam świadkiem awantury, podczas której kierowca zatrzymał autobus, wlał jednemu z pasażerów i nie chciał dalej jechać. Wsiadł za kierownicę dopiero po około 15 minutowych negocjacjach, ponieważ musiał się uspokoić.

W czasie mojej ostatniej przeprowadzki w listopadzie też była awantura, bo jakiś chłopak, na oko około 25-letni, chciał usiąść koło mnie, gdyż ten akurat numer fotela miał zarezerwowany. Wolne było inne miejsce za mną, obok mężczyzny, ale on się upierał, że będzie siedział na swoim. Wszyscy pasażerowie krzyczeli na niego, żeby się wstydził, że to niegodne zachowanie, aż w końcu kierownik autobusu podszedł do nas (ja udawałam że nie słyszę całej zadymy) i kazał mu iść na tył. Gdy ten się dalej kłócił, kierownik dał znak kierowcy, aby się zatrzymał, bo zdążyliśmy już odjechać spory kawałek, i wykrzyczał  niesfornemu podróżnemu, że albo siada całkiem na tyle, albo wysiada czarną nocą, czyli w egipskich ciemnościach, już na pustyni. Poskutkowało. I nawet obyło się bez poszturchiwania i bijatyki.

Koty jechały w miarę spokojnie, choć starsza kotka wypluła lek nasenny i trochę pomiaukiwała, ale zagłuszał ją ryczący telewizor, nadający przez całą drogę egipskie filmy akcji z płyt DVD. Jakby ludziom tu było jeszcze za mało wrażeń.

W Abou Rudis, jeszcze na Synaju, do autokaru wsiadł szejh, czyli duchowny muzułmański, który zapewne jechał na urlop do domu. Pan w średnim wieku, z długą brodą, ubrany w białe szaty, na które założony miał długi do kostek płaszcz z rękawem do łokcia, a na głowie chustę, która spływała delikatnie po jego ramionach. Już sam wygląd tego człowieka zadziałał na mnie uspokajająco, usiadł zaraz za mną, czyli tam, gdzie wcześniej nie chciał siedzieć ten młody gniewny. I całe szczęście, bo dzięki temu resztę podróży spedziłam cudownie uspokojona zapachem, który szejh roztaczał wokół siebie. Było to połączenie cytrusów i przypraw, mirry, kadzidła i czegoś jeszcze, czego nie potrafię nazwać, ale całość stanowiła niesamowita mieszankę. Nie były to na pewno perfumy, co zresztą potwierdziłam z Aymanem, ale specjalna mieszanka olejków aromatycznych, robiona na zamówienie, najczęściej kupowana w Arabii Saudyjskiej. Nazwałam go sobie zapachem świętości, gdyż właśnie mirra i kadzidło przywodzą na myśl świątynie, a reszta tylko dodawała świeżości i radości całej tej przepięknej kompozycji. Podczas postoju duchowny, tak samo jak inni, wysiadł, aby napić się herbaty. Gdy szedł, roztaczał wokół siebie jakąś przedziwna aurę spokoju i pewności. Żałuję, że nie mogłam zrobić mu zdjęcia, bo była to niewątpliwie jedna z tych wyjątkowych postaci, które spotykamy raz i zapamiętujemy w swoim życiu.

Po około dziewięciogodzinnej podróży dojechałam wreszcie do miasta El Mahalla el Kobra, gdzie obecnie mieszkam. Była 5 rano, a mąż ze swoim bratem czekali na mnie na dworcu autobusowym. Przepakowali sprawnie wszystkie manatki oraz koty. W czasie jazdy do domu, która trwała około 5 minut, szwagier nie ustawał w gratulacjach, powitaniach i błogosławieństwach, serdecznie się cały czas śmiejąc. Taki był początek mojego prawdziwego arabskiego życia, w prawdziwie arabskim mieście w Egipcie. Życia codziennego, skupionego nie tylko wokół zaręczyn czy wesel. Teraz dopiero właściwie je obserwuję, poznaję, a ciekawe jest dla mnie dosłownie wszystko. I tym wszystkim będę się z Wami dzielić.

Możliwość komentowania jest wyłączona.