Piotr Ibrahim Kalwas – „Egipt: haram halal”

Muszę się odnieść do najnowszej książki tego autora, jako, że po jej dokładnym przeczytaniu i głębokich przemyśleniach doszłam do wniosków, którymi chcę się podzielić z czytelnikami. Powinnam.

W swojej książce, świetnie napisanej jeśli chodzi o warsztat literacki, Piotr Ibrahim Kalwas zajął się głównie kwestią religii oraz tym, jaki wpływ ma religia na egipskie społeczeństwo – życie społeczne szeroko pojmowane, rodzinne i to bardzo prywatne.
Przedstawia czytelnikowi różne odłamy islamu i ich wyznawców, czasami tylko zwolenników: szyitów, sunnitów, konserwatywne odłamy islamistyczne (brodaci) – wahabitów, salafitów, Bractwo Muzułmańskie, a także takich odszczepieńców jak bahaici. Rozmawia z przedstawicielami tych większości lub mniejszości religijnych, uprzednio ich upolowawszy, jak sam twierdzi, czasami w podstępny sposób. Osobno zajmuje się ateistami i agnostykami.
Dla mnie, jako osoby, która spędziła prawie 6 lat w Egipcie pracując na tzw. kontrakcie, bywała w rozmaitych miejscach i różnych lokalnych środowiskach, tak zdecydowanie negatywny obraz Egiptu przedstawiony przez Kalwasa jest zbyt jednostronny. I nie chodzi tu wyłącznie o religię. Zaobserwowane wady społeczeństwa jako zbioru jednostek, jako systemu, odniesienia do egipskiej tradycji i kultury, są mocno przerysowane, budzące u czytelników niechęć, a nawet odrazę do tego kraju, który, jak każde zjawisko na świecie, oprócz swoich wad, ma też niezaprzeczalne zalety. Jest to obraz pokazany w krzywym zwierciadle, poprzez pryzmat typowo reporterskich sensacyjnych poszukiwań i doniesień, mocno nadinterpretowanych.

Piotr Ibrahim Kalwas twierdzi, że kocha Egipt jednocześnie go nienawidząc, ale nawet między wierszami nie da się wyczuć choćby odrobiny tej miłości, sentymentu, na który się powołuje, pochwały tego, co dobre (oprócz jedzenia), nie mówiąc o pobłażliwości wobec tego, co może dobre nie jest, ale nie jest szkodliwe i można na to przymrużyć oko, albo trochę się z tego pośmiać. Może nie dane było autorowi, jako cudzoziemcowi, który przez wszystkie spędzone tam lata pozostał jednak obcym – agnabi (jak sam się określa), zaobserwować i doznać tego wszystkiego co sprawia, że odkrywa się zjawiska i ludzi, za które można ten kraj pokochać. Zwłaszcza, jak ruszy się tyłek poza kafejki Aleksandrii i Kairu.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Kalwas pojechał do Egiptu i zamieszkał tam (pomijam świadomie sprawę religii, skoro autor sam o tym nie pisze) tylko po to, żeby wejść w pewne środowiska, jako „ten swój”, uzyskać potrzebne mu informacje, przetworzyć je i odpowiednio ubarwić, a następnie opisać w „Egipt: haram halal”. Autor nie wspomina ani słowem, co skłoniło go do przyjęcia islamu, a skoro tyle o nim pisze, krytykując jednocześnie idee szerzone przez największy na świecie ośrodek nauki o islamie Al.-Azhar, to czytelnicy są zapewne ciekawi genezy jego tak ważnej światopoglądowej decyzji.
Analizując dyskusje, które autor odbywa ze swoimi rozmówcami, odnoszę wrażenie, że wkłada w ich usta wiele swoich własnych stwierdzeń i uwag. Chyba, że to taki zamierzony literacki chwyt? Ale wówczas daje nam to fałszywy obraz Egipcjan.. Czy taki zamiar miał autor? Nie wierzę, że Egipcjanie, nawet ci najbardziej wykształceni, byliby w stanie wiele tych stwierdzeń sformułować i komukolwiek je przekazać (zwłaszcza obcemu) właśnie w taki sposób.
Wyczuwam jakąś nieszczerość autora, gdy w nadmiernie drastyczny sposób opisuje wszechobecny w Egipcie (jego zdaniem) zapach moczu i krwi, zwierzęcych i ludzkich:

„Synowie dozorcy kijami odpędzają ludzi wyciągających ręce po ciepłe, ociekające krwią mięso, (……….). Kobiety wyciągają ramiona ku niebu, sławiąc Stwórcę. Krew opryskuje twarze najbliżej stojących. Czuję jej słodki zapach, przemieszany ze smrodem kału i moczu”.
„ Zwierzęta ryczą z bólu, zagłuszają Jasmin, zagłuszają ją muezini nawołujący z setek minaretów krwawiącej, obsranej i zaszczanej Aleksandrii – kolebki kilku cywilizacji.”

Doprawdy , bismillah Piotrze, nie taki jest obraz Aleksandrii, nawet tuż przed Świętem Ofiarowania – Id al-Adha!!!
Również w opisach wielu innych islamskich obrzędów, np. obrzezania kobiet, jest w książce przytoczonych wiele bardzo mocnych scen. (Scenariusz do horroru o Egipcie?) Autor opisał skrajne przypadki, które mogą zostać odczytane jako powszechnie stosowane metody i wprowadzić czytelnika w błąd.
Oczywiście każdy pisarz, także reporter, ma prawo do subiektywnego przedstawiania faktów, a tak zwana obiektywna prawda, leży zawsze gdzieś pomiędzy „prawdą czasu i prawdą ekranu”. I do takiej prawdy wyrobiony czytelnik zawsze sam dojdzie. Tylko, że czytelnik czytający „Egipt: haram halal” nie ma szansy zbliżyć się do tego środka, bo widzi tylko jedną stronę medalu, choć zwykle jest ich dwie.

Nie polecam tej książki tym, którzy planują swój pierwszy wyjazd do Egiptu i nie mają jeszcze wyrobionego własnego zdania na temat tego kraju – lektura może zniechęcić i odstręczyć od pomysłu wyjazdu, co byłoby niepowetowaną dla nich stratą. Sama pewnie też nie podpisałabym kontraktu w Egipcie, gdybym przeczytała tę książkę przed jego podpisaniem. A nie żałuję, że spędziłam tam prawie 6 lat, choć nieraz wylewałam łzy bezsilności albo ściskałam ze złości pięści. Zalety tego wyjazdu wzięły jednak górę nad wadami. Po prostu, moim zdaniem, na te egipskie paradoksy, które niekiedy trafnie opisuje Kalwas, trzeba spojrzeć czasem z odrobiną dystansu i zrozumienia.
Polecam natomiast książkę wszystkim tym, którym podoba się, ten bardzo modny w Polsce od czasu Ryszarda Kapuścińskiego, styl reportażu wojennego – mocne słowa, krótkie zdania, dużo sensacji, dużo krwi, nawet tam, gdzie jej nie ma. Ten styl jest świetny, ale chyba niekiedy mocno nadużywany, bo posługują się nim nawet ci reporterzy, którzy opisują sielankowe wręcz sceny. Jeśli reporter pisze o kraju, który, jak twierdzi, kocha, a jednocześnie dostrzega i analizuje jego wady – to przyznaję, że sposób w jaki np. Ziemowit Szczerek pisze o Ukrainie, znacznie bardziej mi się podoba.
„Krytykuj z miłości” – zakończył Kalwas.
Krytykuj z miłością – moje credo. Wówczas krytyka jest bardziej wiarygodna.
Ewa Zarychta

5 Komentarze

  1. Drogie Panie,
    z przyjemnoscia czytam Pan blog oraz wpisy na portalu natemat.pl. Bardzo tez podobala mi sie Pan ksiazka.
    Niestety, w mojej ocenie, Pan rekomendacje sa nietrafione.
    Tak zachwalana przez Panie ksiazka „Zona” okazala sie nudny, dlugim gniotem, niemal bez sladu obiecywanych opisow tradycji, ktore tak mnie skusily. Marne romansidlo, nie warte czytania nawet za darmo.
    Natomiast krytykowana powyzej ksiazka Pana Kalwasa jest swietna! Napisana wartkim jezykiem, z ciekawymi, szczegolowymi opisami, rozwinieta dysputa na podejmowane tematy. Zasugerowana Pan recenzja zaczelam ja czytac z wielkim sceptycyzmem, ale juz po kilku stronach bardzo sie wciagnelam i z ogromna przyjemnoscia czytam ja dalej.
    Pozdrawiam serdecznie,
    Magdalena

    • Droga Pani Magdo,
      Pozwolę sobie nawiązać z Panią polemikę:-) chyba źle zrozumiała Pani napisaną przeze mnie opinię na temat książki Piotra Kalwasa i moje intencje. Bardzo cenię Piotra jako pisarza i reportera i wyraźnie odniosłam się do tego, że jeśli chodzi o warsztat pisarski, to książka jest bardzo dobra. I przyznam Pani rację, że dobrze się ją czyta, bo jest napisana wartkim językiem. Zaprotestowałam tylko przeciwko tak krzywdzącemu dla Egiptu wizerunkowi tego kraju przedstawionemu przez Piotra w „Egipt: haram halal”. To nie jest cała prawda o Egipcie, to jest pół prawdy. I jeśli ktoś z czytelników zacznie oceniać społeczeństwo egipskie na podstawie informacji zaczerpniętych z tej książki, to będzie to błędna i krzywdząca ocena. Proszę mi wierzyć, mieszkałam w Egipcie przez 6 lat, byłam w wielu miejscach, w wielu egipskich domach, nie tylko zaproszona na obiad, ale gościłam tam na noclegach i mam nieco inny obraz egipskiego społeczeństwa niż ten, który przedstawił Piotr Kalwas. Mam mnóstwo znajomych w Egipcie, wielu przyjaciół i „przegadałam” mnóstwo czasu z Egipcjankami, w tym muzułmankami, które zwierzały mi się na rożne tematy tak, jak kobieta zwierza się przyjaciółce, a nie zagranicznemu reporterowi.
      Rozumiem też, że reporter pisze w taki sposób, żeby jego teksty były szokujące, budziły sensację, odrazę i inne złe odczucia, bo takie są wymogi mediów i takie teksty się sprzedają. Ale poczułam po przeanalizowaniu tej książki, że muszę stanąć w obronie Egipcjan i w obronie moich wrażeń na temat tego społeczeństwa po wieloletnim z nim obcowaniem. Mam do tego prawo. Każdy ma prawo oceniać różne zjawiska po swojemu, zwłaszcza jak doświadczył tych zjawisk osobiście.
      Co do książki Nike Faridy „Żona”, to oczywiście, że nie umywa się do książki Kalwasa. Też miałam wiele krytycznych uwag co do niej, ale swoją opinię napisałam tuż po spotkaniu autorskim z Nike Faridą, która jest czarującą i bardzo miłą osobą i chyba rzeczywiście wykazałam za mało krytyczne podejście. A swoją drogą, w prywatnym mailu do autorki, wypisałam jej błędy merytoryczne, które znalazłam w książce „Żona”:-) Nie mogłam jednak odnieść się do książki Nike Faridy w taki sposób, jak odniosłam się do książki Piotra Kalwasa, ponieważ nigdy nie byłam w Libii i nie znam tego społeczeństwa.

      A swoją drogą, to nie mogę pojąć, na czym polega sukces na rynku wydawniczym i jakimi prawami ten rynek się rządzi…..
      Proponuję, aby zamieściła Pani swoje opinie na temat obu tych książek na jakichś portalach czytelniczych, bo naszego bloga już jest bardzo mało „wejść”, jest w fazie zaniku.
      Pozdrawiam serdecznie,

      Ewa Zarychta

  2. A ja jestem rozczarowana tym, że nie widzę swoich komentarzy. Pani Monika z pełnym zaangażowaniem opisała swoje odejście z kościoła katolickiego, ale na moje pytanie, jak wygląda odejście od islamu odpowiedzi brak… żadne moje zapytanie na ten temat nie pojawiło się w komentarzach… to albo piszemy obiektywnie albo wcale… albo jest z tym jakiś problem, i nie jest tak różowo, jak z dokonaniem apostazji z kościoła chrześcijańskiego…. Czyli islam nie jest aż tak tolerancyjny jednak?

  3. Pani Ewo,
    Czytam wlasnie „Dom” Kalwasa. Polecam! Opisuje Alekssndrie i Egipt tuż po tym, jak sie tam przeprowadził.
    Pozdrawiam,
    Magdalena

  4. A czy on gdzieś tam na wstępie nie wyjaśnia jaki miał zamysł? Bo jeśli jego celem było obnażać wady, to chyba spełnił swoje założenia.
    Równie dobrze można by protestować przeciwko książce „Polska odwraca oczy” bo koncentruje się na negatywach i nie pokazuje pełnego obrazu kraju. Ale takie reportaże też są potrzebne.

Odpowiedz na „~zaciekawionyAnuluj pisanie odpowiedzi

Wymagane pola są oznaczone *.