Znów trochę o kuchni

Ponieważ Czytelnicy często pytają o zwyczaje kulinarne a nawet przepisy egipskie, wykorzystam okazję, że właśnie mamy szczyt sezonu na świeży bób. W Sharmie zawsze kupowałam mrożony i gotowałam sobie po polsku, jedząc tylko środek, a łupinki wyrzucając. Tutaj jednak przekonałam się, że można go jeść na surowo, podobnie jak groszek i jest przepyszny! Jeśli się nie przesadzi, to wcale nie trzeba brać później Nospy czy Ulgixu:) Przedwczoraj już po raz drugi moja teściowa zrobiła bób w sosie pomidorowym z kawałkami wołowiny. Część „fasolek” wyłuskała ze wspólnej, długiej łupiny, a część podłużnych łupinek, zawierających około 5 ziaren, pokroiła do sosu. Nie mieściło mi się w głowie, że można jeść nie tylko brązowe łupiny bobu, ale też całe strączki. A jednak można, do tego są naprawdę pyszne. Trzeba gotować je dość długo, ale mniej więcej o połowę krócej niż wołowe mięso.

Kiedy to piszę, teściowa, dwie szwagierki i siostrzenica męża łuskają zielony groszek, który leży w ilości 15 kilogramów na środku pokoju. Też jest na niego szczyt sezonu. W tym domu nie uznaje się niczego sztucznego, czy też niewiadomego pochodzenia, dlatego mrozi się duże ilości świeżych warzyw, przecierów z pomidorów (zrobionych wtedy, kiedy są najsmaczniejsze), a ostatnio nawet musy z truskawek.

W Polsce kupuje się na targu groszek i bób już wyłuskany. Tutaj nie. Strączki się jednak nie marnują, bo jedzą je kaczki i kury, które prawie każdy hoduje na dachu. Co do kur…moja teściowa znów jest mistrzynią w tym temacie. Nigdy nie kupi drobiu w supermarkecie, bo jest jej zdaniem niedobry. Kaczki ma swoje, ale kurczaków już nie hoduje, bo nie miała siły na aż tak ciężką pracę. Jednak lata opieki nad tymi zwierzakami wyrobiły w niej nawyk wybierania ptaka, którego ma kupić u któregoś z wielu rzeźników drobiu. Nie wiem jak to robi, ale kurczak przez nią kupiony zawsze jest miękki. Natomiast ja i mój mąż, mimo zapewnień sprzedawcy, przynosimy do domu twardego, ciągnącego się kuraka, którego nawet kilka godzin gotowania nie jest w stanie zmiękczyć. Dlatego postanowiliśmy już więcej sami nie wybierać.

Mimo, że Mahalla to duże, przemysłowe miasto,  żyje się tu jak na wsi. I to na bardzo ekologicznej wsi, gdzie można kupić na ulicy codziennie świeżutkie warzywa, wprost z wozu ciągniętego przez konia lub osiołka. Sprzedawcy nawołują głośno, zachwalając swoje towary. Pod koniec dnia robią też promocje, aby sprzedać pozostały towar.

Od dawna chciałam też polecić Czytelnikom naprawdę pyszne i proste danie, często przyrządzane przez Egipcjanki, a mianowicie kalafiora smażonego w cieście z mąki i jajka, koniecznie z dużą ilością koperku w panierce oraz ulubionych przypraw i pietruszki, jeśli ktoś lubi. Kalafiora należy wcześniej ugotować (al dente), a następnie podzielić na dość duże kawałki, aby było wyraźnie czuć, co jest pod smakowitą panierką.

Mimo, że dziś wymienione produkty są zdrowe i prawie dietetyczne, to i tak w Egipcie schudnąć się nie da – jedzenie to przewodni temat w każdym domu. Skorzystajcie jednak z przepisu na bób w nowej odsłonie i smażonego kalafiora – przynajmniej zdrowsze i mniej kaloryczne niż wypieki z fornu:)

Wątróbka i flaki, czyli jak dziwnie gotuje się w Polsce

Teraz coś od kuchni, wspólnej kuchni (gdzie kucharek niemal sześć:-), czyli pachnie problemami zamiast czosnkiem….

Ponieważ mieszkamy już od jakiegoś czasu w Mahalli, przyszło mi dzielić kuchnię z teściowa i szwagierką. Mieszkamy wprawdzie w osobnym mieszkaniu piętro wyżej, ale przy tak dużej rodzinie gotuje się dużo i nie ma sensu robić tego osobno. Coraz częściej czuję, że mam dość tradycyjnej i dość ciężkiej egipskiej kuchni, więc robię coś tylko dla siebie. Moją zupę jarzynową jedzą jedynie dzieci, mąż i jeden ze szwagrów, reszta wyłącznie się jej przygląda – taka cienka jakaś, bo tylko na kawałku kurczaka:) No tak, skoro łyżka nie staje w tłuszczu, to znaczy, że potrawa za chuda.

Kiedy teściowa robiła mahszi, udało mi się odebrać jej trochę kapusty i zrobić ją sobie „po polsku”, czyli duszoną, z pomidorami, koperkiem, już nawet przeboleję brak boczku. Tak mi smakował ten bigosik, że zamroziłam sobie 3 porcje, żeby mieć później do ziemniaków i panierowanych piersi z kurczaka, bo to naprawdę rarytas w tutejszych realiach, gdzie wciąż je się jednak obce nam potrawy. Oprócz tego raz ugotowałam barszcz czerwony, który wzbudził ogromne zdziwienie, a chyba nawet i troszkę odrazy, sądząc po minach. Nikt  nie chciał nawet spróbować, a kiedy jadłam go z jajkiem i ziemniakami, to już zupełnie nie mogli uwierzyć w to dziwaczne połączenie. Buraki oczywiście zostały starte, doprawione po naszemu i zamrożone, żeby zjeść sobie w odpowiednim czasie.

Któregoś dnia teściowa ze szwagierką gotowały flaki. Śmiały się ze mnie, myśląc, że zemdleję na sam widok. Gotowały oczywiście na sposób egipski. Jakoś przeżyłam, ale muszę przyznać, że tylko spróbowałam, były okropne! Kiedy tłumaczyłam, że ja bym dała czosnek i sporo majeranku…wytrzeszczały oczy. Następnym razem mają mi trochę odłożyć, żebym mogła zrobić flaki po polsku.

Dziś z kolei znów było mahszi, oczywiście zalewane bardzo tłustym rosołem z dużą ilością cynamonu…nie wiem dlaczego, ale moja szwagierka nie ma umiaru w dodawaniu tej przyprawy do rosołu, co całkowicie odbiera mu smak. Wyrwałam jej wręcz z rąk świeżutkie wątróbki, co by je sobie normalnie usmażyć, może nawet z dodatkiem jabłka, ale nie do końca mi się to udało, bo wyszłam z kuchni na kilkanaście minut, a kiedy wróciłam, wątróbka już pływała na patelni w dużej ilości masła, a szwagierka szykowała się z papryczką chili, żeby zneutralizować smród cebuli. Wietrzyła też oczywiście całe mieszkanie. Nie wiem i nigdy nie zrozumiem, dlaczego Egipcjanki za wszelką cenę neutralizują, czym tylko się da, cebulę w potrawach…po co więc w ogóle jej używają?

Oprócz podrobów wykroiłam sobie tak zwana porcję rosołową z kurczaków, żeby zrobić pomidorową. Ponieważ nie ma tu klasycznej włoszczyzny, trzeba radzić sobie inaczej. Marchewka, cebula, dużo natki pietruszki (słyszę jak podnoszą pokrywkę i szepczą do siebie, że daję pietruszkę do zupy:). Kiedy rosół już „doszedł” zaprawiłam go koncentratem i pieprzem, żeby była to mocna pomidorowa. Następnie jogurt naturalny, do zabielenia. I oczywiście klasycznie makaron. No cóż…znów nikt ze mną nie zjadł, ale za to prawie wszystkim oczy z orbit wyszły na widok jogurtu w zupie:)

Dziwi mnie ten paradoks, a  nawet trochę sprawia mi to przykrość, że my, Europejki mieszkające tu, czy nawet ludzie odwiedzający ten kraj jako turyści, próbujemy wszystkich specjałów miejscowej kuchni. Zawozimy do domu tutejsze orientalne przyprawy, a w Europie lubimy jeść w arabskich restauracjach czy barach. Natomiast Egipcjanie zachowują się tak, jakby bali się dotknąć tego, co my, Polki, gotujemy, chociaż dobrze wiedzą, że nie ma w tych daniach wieprzowiny. Bo skąd niby można by ją wytrzasnąć.

Udało mi się jednak przeforsować dwa tradycyjne polskie frykasy – kiszone ogórki, które wychodzą mi pyszne i znikają w ciągu jednego wieczoru jako małosolne, oraz tradycyjny omlet z ubijanymi białkami, podawany z dżemem. Omlet jedzą co prawda tylko dzieci, ale i tak się cieszę. W planach mam zupę ogórkową, to będzie jej debiut w Egipcie. Myślę, że wywoła największy szok:) Muszę tylko schować trochę ogórków przy następnym kiszeniu.