Dziś jest piątek. Piątek w Mahalli.

W krajach muzułmańskich piątek jest dniem świątecznym, wolnym od pracy. Wyszłam rano na balkon i poczułam od razu, że jest inaczej niż w pozostałe, powszednie dni. Większość małych sklepów na ulicy pozamykana, wszystko przed domami jakoś tak schludniej podmiecione, posprzątane. My dodatkowo tu w Mahalli gościmy na weekend, czyli piątek i sobotę, najstarszą siostrę Aymana, która wraz z mężem mieszka w Kairze, więc jest nas w całym domu sporo osób. Zapachy gotujących się na obiad potraw obudziły wszystkich już o świcie. Przypuszczam, że teściowa Moniki zaczęła działać w kuchni już od 4.00 nad ranem. O 7.00 poszła na piątkowy cotygodniowy targ, gdzie kupiła świeżutkie  warzywa, sery i jajka przywożone na sprzedaż z okolicznych wsi.

Mniej więcej pół godziny przed południem zaczęło rozbrzmiewać głośne nawoływanie muezzina na piątkową modlitwę do meczetu. Stałam znów na balkonie i obserwowałam ubranych odświętnie mahallawych, podążających ulicą w stronę, gdzie wiedziałam, że jest meczet. Szli mężczyźni i chłopcy. Niekiedy sami chłopcy – grupka kolegów, z których ci na przedzie nieśli ze sobą dywaniki modlitewne, a ostatni niósł piłkę, żeby mogli sobie razem pograć, zaraz jak tylko skończą się modlić. A kto wie, czy wytrwają z tą piłką w meczecie do końca modlitwy.

P1010484

 

Niekiedy ojciec prowadzi ze sobą synów, w drodze powrotnej do domu kupi im coś słodkiego, np. watę cukrową barwioną na różowo albo ciastka w cukierni, czyli pobliskim fornie. Może też zatrzymają się przy karuzeli lub huśtawkach. Jeden większy chłopiec, ubrany w białą galabeiję, z pięknie ułożoną fryzurą i dywanikiem modlitewnym w ręku, podąża do meczetu sam. Chwilę później widzę małego chłopca, może ośmioletniego, z dredami i w rastafariańskim berecie. Też idzie się modlić… Wygląda trochę śmiesznie i dziwnie zarazem.

P1010485

P1010483

 

Nie widzę kobiet w tym orszaku zmierzających do meczetu. A wiem, że w meczetach są oddzielne sale, gdzie modlą się kobiety. Pytam Monikę, dlaczego tak jest. Przeważnie zostają w domu, modlą się w towarzystwie sióstr i córek, i doglądają gotującego się piątkowego obiadu. Na całej ulicy ładnie pachnie mięsem duszonym z czosnkiem i kuminem. W piątki prawie we wszystkich domach przygotowuje się potrawy mięsne. Ponieważ mięso jest w Egipcie bardzo drogie, wiele rodzin może sobie pozwolić na mięsny posiłek tylko ten jeden raz w tygodniu.

Wczoraj późnym popołudniem poszłyśmy we trzy – Monika, ja i najstarsza siostra Aymana – do rzeźnika. Udźce i inne części z wołu wisiały na metalowych hakach, przykryte nieskazitelnie czystą białą gazą. Amal kazała sprzedawcy odkroić 3 kg mięsa bez kości z udźca. Zamysł był taki, że to ja z Moniką miałyśmy dziś przygotowywać obiad, coś po polsku. Planowałyśmy bitki w sosie albo zrazy zawijane. Jednak, kiedy rano wstałyśmy, a obudził nas zapach dochodzący z kuchni, teściowa już gotowała gulasz wołowy z marchewką i świeżo wyłuskanym zielonym groszkiem. Śmiałyśmy się, że powinnyśmy wstać o 3.00 nad ranem, żeby zdążyć do kuchni przed teściową. Nie pozostało nam  nic innego, jak udać się do cukierni i przysłużyć się wspólnemu gotowaniu zakupując pół brytwanny konafy z waniliowym puddingiem i kilograma tzw. makaroników, czyli kruchych ciasteczek w kształcie gniazdek z orzechami pistacjowymi w środku.

Ewa Z.