Bad news & good news

Drodzy Czytelnicy,

Większość z Was zapewne zmartwi ta wiadomość, dlatego czujemy się zobowiązane złożyć tu na blogu wszelkie wyjaśnienia dotyczące tej kwestii. Otóż zdecydowałyśmy zakończyć pisanie tego bloga, z powodów, które są niezwykle dla nas istotne: po pierwsze – skończył nam się temat, który na bieżąco tu opisywałyśmy, po drugie – z powodu dużych zmian w planach życiowych, nie będziemy dysponować czasem, który do tej pory poświęcałyśmy na regularne robienie wpisów na tym blogu.

Zakończył się, przynajmniej na dłuższy czas, egipski etap naszego życia. Firma prowadzona przez nas w Egipcie jest już zamknięta, działalność zakończona, turystyka egipska w fatalnej kondycji i nie rokującej dobrze na długi czas. Mama – współautorka naszego bloga i książki – już od kilku miesięcy przeniosła swoje sprawy egipskie do Europy, będzie spędzać sporo czasu w swojej ukochanej Andaluzji w Hiszpanii i będzie zajmować się sprawami swojej i mojej kariery publicystycznej. Mamy w planach wydanie trzech kolejnych książek: jeszcze w tym roku mojej książki o traumatycznych losach kilku kobiet (opartej na faktach), książki mojej mamy ze zbiorem reportaży z podróży do różnych krajów świata – te dwie książki już mamy gotowe, oraz przygotowaniem do wydania naszej drugiej wspólnej książki o Egipcie, którą chciałybyśmy wydać w przyszłym roku. Mama planuje, jeśli sytuacja polityczna i społeczna na to pozwoli, wyjeżdżać do Egiptu, aby pokazywać prawdziwym pasjonatom turystyki miejsca, które ją w Egipcie oczarowały, m.in. oazy na Pustyni Zachodniej oraz Nubię w Południowym Egipcie. Będzie pilotem grup do Afryki Północnej organizowanych przez specjalistyczne polskie biuro podróży MK Adventure (www.mkaventure.pl), które to biuro gorąco Państwu polecamy.

Ja, po kilkumiesięcznych nieudanych próbach znalezienia dobrej pracy w Kairze, postanowiłam przenieść się na stałe do Niemiec. Oczywiście mój mąż Ayman i synek Mahmoud przenoszą się ze mną. Mahmoud będzie musiał zacząć uczyć się już czwartego języka. Sądzę, że da radę, bo dziecko jest bystre i chłonne wiedzy, i w europejskich warunkach rozwinie skrzydła:-) Mąż, ze swoimi kwalifikacjami, też nie powinien mieć problemów ze znalezieniem dobrej pracy w Berlinie. Tam właśnie zamierzamy się osiedlić. A ja, ze swoim wykształceniem, bogatym zawodowym doświadczeniem oraz znajomością kilku języków obcych, w tym arabskiego i z certyfikatem zaawansowanej znajomości języka niemieckiego (Zertifikat Mittelstufe), będę mogła podobno przebierać w najlepszych ofertach pracy, a nawet grymasić jak księżniczka:-) Mam też ogromną nadzieję, że nowa praca, którą zamierzam podjąć w Berlinie, dostarczy mi fascynujących tematów do napisania kolejnej książki.

Teraz ta najlepsza wiadomość: ponieważ jesteśmy już w Polsce – ja po drodze do Niemiec, będziemy miały okazję spotkać się z Państwem obydwie osobiście, podczas naszego spotkania autorskiego, które odbędzie się dnia 6 maja w Warszawie o godz. 18.00 w księgarni Matras przy Al. Solidarności 113. Serdecznie zapraszamy na to spotkanie, będziemy podpisywać na nim naszą książkę „Księżyc zza nikabu” (książkę będzie można też kupić tam na miejscu w Matrasie) i będziemy mogły odpowiadać na pytania Czytelników, zarówno te zadane publicznie, jak i „w cztery oczy”.

Każda z nas będzie kontynuować pisanie felietonów w portalu naTemat.pl:
monikaabdelaziz.natemat.pl
ewazarychta.natemat.pl

oraz liczymy na kontakt z Państwem na naszym funpagu www.facebook.com/ksiezyczzanikabu
Tam będziemy zamieszczać informacje o naszych publikacjach, spotkaniach autorskich i dalszych losach zawodowych, związanych z pisaniem. Mamy nadzieję, że uda nam się utrzymać kontakt z większością naszych Czytelników, których sobie bardzo cenimy, bo to właśnie oni przyczynili się do niewątpliwego sukcesu tego bloga, o czym świadczą statystyki wizyt na blogu.

Monika

Do zobaczenia 06 maja w Warszawie. Pozdrawiamy serdecznie,
Monika Abdelaziz i Ewa Zarychta

Wesołe miasteczko w Mahalli

W naszym zakurzonym, kamiennym, rodzinnym mieście jest jedno miejsce, na które dzieci mówią Garden. Chociaż po angielsku oznacza to ogród, z ogrodem raczej nie ma nic wspólnego, ale jest fajne. Fajne, bo są w nim karuzele, zjeżdżalnie i samochodziki, czyli wszystko, czego potrzeba dzieciakom do szalonej zabawy. Wesołe miasteczko mieści się 10 minut spacerkiem od naszego domu, więc wybraliśmy się, bo zachęca już z daleka oświetlonymi wieczorem, wysokimi konstrukcjami. W środku, jak na egipskie warunki, jest naprawdę przyzwoicie. Karuzele są zadbane, kolorowe, gra muzyka, dzieci mogą poczuć się jak w naprawdę innym świecie. Wstęp kosztuje symbolicznego funta, ale ja weszłam za darmo, jako, że cudzoziemka (wciąż budzę sensację w tym mieście).
garden 4

Share2016-03-05-00764ae12f47f64611524c04d62abe10f3f8c08808220eeb7fd6b40a14fb93ee-Picture[1]
Share2016-03-05-56e7a580adfaa8dc6628b40bc97ecb2eb6a43283869d5cb316b7a45b0d7c0fb3-Picture[1]
Ceny biletów na poszczególne karuzele wahają się między 3 a 5 funtów egipskich (czyli około 2-3 PLN), co nie jest wygórowaną kwotą, jednak należy pamiętać, że dzieci w rodzinie jest zazwyczaj kilkoro, a każde z nich chce pojeździć sobie kilka razy na różnych atrakcjach. Tak więc z wizyty w wesołym miasteczku można wyjść uboższym o kilka procent swojej miesięcznej pensji (ja wydałam za jednym razem 25 egp, czyli średnio rodzina może liczyć się z wydatkiem około 75 egp, a pensje to około 1200- 1500 egp). Tak więc modny Garden jest dość drogi.
Share2016-03-05-6102f1a2ea5381c05cf7ab59e48d8a0ea94e2e07f7b3d8826e33822886be4d87-Picture[1]
Jednak spokojnie można skorzystać z innej karuzeli, mieszczącej się na naszej ulicy i na wielu innych uliczkach. Ba, są nawet 3 karuzele, bujane ręcznie przez pana, który pobiera opłatę 1 egp od dziecka. Szczerze mówiąc, mój synek uwielbia te uliczne, stare karuzele, z wielka radością też wita się z ich właścicielem. Zwraca się do niego „wujku”. Pan ten obok swojego przybytku umieścił mały kramik, gdzie ma wszystko, co niezbędne, a więc odwróconą skrzynkę, a na niej czajnik elektryczny, szklankę, cukier i herbatę. Siada sobie na dużym kamieniu, a kiedy ja wracając z zakupami, zatrzymuję się tam na kilkanaście minut – przynosi mi krzesło z pobliskiego sklepu. Zawsze ostrzega, że krzesło nie ma jednej nogi i żebym siedziała bardziej na lewej stronie.
P1010462
P1010461
To wszystko jest niezwykle urocze, chociaż warunki i ogólne wrażenie może wydać się dość szokujące. Jednak nie o pozory chodzi, ale o zaangażowanie i radość, jaką ten człowiek ma w sobie, oraz to, że ma taki właśnie pomysł na życie i zarobkowanie, a przy okazji uszczęśliwia dzieciaki, które nie mogą iść na to droższe wesołe miasteczko. Na noc oczywiście karuzele są zablokowane, żeby nie bujać się całkiem za darmo;)

Moja pierwsza wizyta w Mahalli

To piszę ja, Ewa:-)

Będzie trochę nie chronologicznie, bo sama moja podróż autobusem z Sharm el Sheikh do Mahalli była bardzo ciekawa, ale może później wrócę do tego tematu, albo pójdzie do drugiej naszej książki, a teraz moje wrażenia z Mahalli.

Jak tylko znalazłam się w rodzinnym domu mojego zięcia Aymana, rozpoczęła się prezentacja całej rodziny zgromadzonej zgromadzonej w mieszkaniu teściowej Moniki – dwie starsze siostry  Aymana i ich dzieci oraz dwóch braci – jeden starszy, drugi młodszy. Trzeci brat pracuje we Włoszech. Najpierw wyściskałam i wycałowałam się z teściową, a następnie ona zaczęła mi tłumaczyć, kto jest kim, jakie wykształcenie mają jej córki i gdzie pracują. Oraz gdzie pracują ich mężowie i ile zarabiają. Od razu zrozumiałam, że w przypadku kobiet najbardziej istotną informacją jest wykształcenie i zawód, nawet jeśli nie jest wykonywany, a w przypadku mężczyzn – zawód i wysokość dochodów. Bracia Aymana, choć bardzo przystojni (wszyscy w tej rodzinie są wysocy, mężczyźni do tego szczupli) i mają dość pieniędzy na założenie rodziny, mieszkania gotowe, nie chcą się żenić. Twierdzą, że ożenek i kilkoro dzieci, to branie sobie na głowę masy problemów. Wygodnie im się żyje właśnie tak, po kawalersku. Ich matka niezmiernie nad tym ubolewa, bo wolałaby by mieć też synowe do pomocy w domu. Chciałaby również mieć więcej wnuków po linii męskiej.

Rozmawiamy po arabsku. Ja rozumiem, co wszyscy do mnie mówią i w prosty sposób potrafię też wiele rzeczy powiedzieć. Jeśli czuję, że nie daję rady,  że zaczyna mi brakować słów, przechodzę na angielski. Wówczas rodzeństwo Aymana rozumie wszystko, co mówię, a Monika tłumaczy na arabski swojej teściowej. Ona nie jest kobietą wykształconą jak jej córki, bardzo wcześnie wyszła za mąż i w wieku 17 lat urodziła pierwsze dziecko. Jednak podczas obcowania z nią daje się natychmiast zauważyć, że jest osobą bardzo inteligentną i ma jakąś wrodzoną klasę w zachowaniu, obycie towarzyskie, a nawet szlachetnie urodziwą twarz (mimo swojego statecznego już wieku) oraz wąskie zgrabne stopy, co w Egipcie postrzegane jest jako wysoki status pochodzenia rodzinnego. Wszystkie trzy siostry Aymana są pięknymi kobietami, choć o typowo arabskiej tuszy:-)

Muszę przyznać, że byłam głęboko wzruszona tak serdecznym i ciepłym przyjęciem mnie w Mahalli. Jest jeszcze jeden, szalenie istotny dla mnie aspekt tej wizyty. Poznawszy bliższą i dalszą egipską rodzinę mojego zięcia, przestałam się martwić o losy Moniki i Mahmoudka, gdyby zdecydowała ona wraz z Aymanem, że jednak chcą pozostać na zawsze w Egipcie. Nawet, kiedy ja będę daleko i nie będę mogła nad nimi bezpośrednio czuwać (chyba z tym przesadzałam:-), to wiem, że moja córka zawsze znajdzie solidne oparcie w tej rodzinie i otrzyma wszelką pomoc od nich, jeśli tylko zaistnieje taka potrzeba.

WP_20160224_029[1]

WP_20160224_008[1]

Już pierwszego dnia mojej wizyty w Mahalli, zaraz po wylewnych powitaniach, zaczęły wjeżdżać na stół wszystkie po kolei tradycyjne egipskie potrawy i takie ucztowanie bez umiaru, a właściwie wpychanie we mnie wszelakiego jedzenia, trwało już do końca mojego rodzinnego pobytu w Mahalli. Choć próbowałam się przed tym bronić, to nie znalazłam sposobu na skuteczną obronę. Zresztą okazało się, że w odwiedziny przybywają również krewni z innych miejscowości, więc biesiada przybierała z każdym dniem coraz większe rozmiary i coraz bardziej się rozkręcała towarzysko…

Share2016-02-22-2dd4f805a1ad25db1063225637d89d53908d83197fc67db5098e95eb6c62e97e-Picture_jpg[1]

Wyczekane pierwsze spotkanie teściowych!

Wreszcie, po 5 latach naszego małżeństwa, teściowe poznały się! A stało się to dopiero teraz, bo jakoś nigdy nie było czasu – z Sharmu do Mahalli jest az 700km i droga jest dość męcząca, aby jechać na krótko, zawsze było dużo pracy, więc kiedy moja mama przyjeżdżała do Egiptu, miała mnóstwo rzeczy na głowie. Teraz przyjechała bardziej rekraacyjnie, żeby zwiedzić Abu Simbel oraz zobaczyć się z nami. Stwierdziłyśmy, że trzeba wykorzystać ten czas, bo nie wiadomo, kiedy pojawi się znów okazja.

Kiedy powiedziałam mojej teściowej, że mama przyjedzie za kilka dni do nas w odwiedziny, zaczęły się natychmiast gorączkowe przygotowania. Teściowa była przeszczęśliwa, ponieważ wielokrotnie zapraszała moją mamę i chyba już straciła nadzieję, że się poznają. Teraz trzeba było zająć się przygotowaniami – słyszałam, jak przez telefon omawia ze swoja siostrą oraz z córką menu na poszczególne dni, wiedziałam też, że nie będzie spała przez dwa lub 3 dni, aby wszystko wypadło jak najlepiej. Najpierw zarządziła wielkie sprzątanie, chociaż dom rodzinny mojego męża jest wyjątkowo czysty i zawsze gotowy na gości, nawet z zaskoczenia. Jednak teściowa martwiła się, że może gdzieś zalega jakiś kurz, którego nie widzimy, albo, że dywany nie pasują do siebie kolorystycznie – chciała nawet zmieniać dywan w dużym pokoju, ale wybiłam jej to z głowy. Zakupy w ogromnej ilości pojawiły się w domu, chociaż uprzedzałam, że moja mama je jak ptaszek – zupełnie różni się figurą od naszych arabskich kształtów:)  Ale jak się spodziewałam, zaraz po bardzo wylewnym powitaniu przez wszystkich, na stół wjechała ogromna taca z jedzeniem, którego starczyłoby mojej mamie na kilka dni:)  Było pyszne, domowe, ekologiczne – najlepsze, jakie można zaserwować wyjątkowym gościom. Kiedy mama najadła się już do granic możliwości, natychmiast tacę zamieniono na kolejną, z mandarynkami, ja natomiast rzuciłam się nieprzytomnie na przywiezione z Sharmu pączki, zamówione we włoskiej kawiarni. Niedługo po kolacji i deserze teściowa i szwagierka pytały, czy aby moja mama nie jest głodna,a  kiedy poszłyśmy do nas na górę szykować się do spania, siostra męża przyniosła dużą porcję słodyczy i zapytała, czy odgrzać jeszcze coś z kolacji, bo może już zgłodniała. Później stwierdziła, że rzeczywiście mało je, ale za to ma świetną figurę, nie to co my:)

Na drugi dzień było tradycyjne mahszi z kapusty, wyjątkowo pracochłonne, które teściowa robiła do 2 w nocy, a o 4.30 już wstała, żeby przyrządzać kaczkę. Na śniadanie był przepyszny wiejski chleb prosto z pieca, twaróg i lokalne, naturalne warzywa, oraz jako dodatek oliwki i rzepa kiszone przez teściową (są naprawdę wyśmienite!).

W  południe wybrałyśmy się z Mahmoudkiem na wycieczkę do Tanty do Carrefoura, gdzie powstał nowy duży mall, na wzór europejskich galerii handlowych. Ja cieszyłam się z zakupów, jak za dawnych czasów przybysze ze wschodu w Berlinie zachodnim. Jednak w dużych, międzynarodowych sieciach handlowych jest zupełnie inny i szerszy wybór produktów, niż w lokalnych sklepach. I chociaż nie jest to tak ekologiczne i wiejskie – to cieszy, jeśli nie ma się tego na co dzień.

WP_20160218_003[1]

WP_20160218_004[1]

Wieczorem przyszła druga z trzech sióstr Aymana, spędziłyśmy w babskim gronie bardzo fajny wieczór i robiłyśmy dużo zdjęć – jednak ze względów obyczajowych nie możemy zamieścić fotografii kobiet, szczególnie bez ich zgody. Obie siostrzenice męża (8 i 3-letnia) siedziały przy mojej mamie, bo była dla nich niewątpliwą atrakcją – z jasną karnacją, bez chustki, no i moja mama:)

Dziś odstawiliśmy ją na autobus do Kairu, skąd udała się do Asuanu, a stamtąd pojedzie do Abu Simbel, na wyjątkowe wydarzenie w znanej świątyni. Jednak zaraz po kilkudniowym zwiedzaniu wróci do Mahalli, żeby na spokojnie posiedzieć z nami i nacieszyć się wnuczkiem. Zaznaczyłyśmy jednak mojej teściowej, że ma już wtedy normalnie spać i my będziemy gotować na zmianę z nią.

Codzienne życie w Mahalli

Wiem, że długo nie pisałam, ale to nie wymysł, a szczera prawda – im mniej ma się do roboty, tym mniej jest czasu. Ponieważ nie pracuję i odpadło mi sporo obowiązków domowych ( bo dzielimy je z teściową i szwagierką ), to dzień upływa nie wiadomo kiedy. Przestawiłam się, niestety, po raz kolejny na egipski tryb życia – czyli idę spać czasem o 6 rano, a czasem dopiero około 14. Stało się tak z powodu ferii zimowych w szkołach, które trwały aż 3 tygodnie. Córka szwagierki siedziała w domu i całe noce wściekali się z moim dzieckiem, które ma niespożytą energię. Babcia łapała się za głowę od hałasu i próbowała zamykać się w pokoju, bo dawali popalić ostro, nawet jak na egipskie standardy. Teraz znów jest szkoła, więc Nada musi wstawać o 6. Pierwsze dwa dni ma już za sobą, ale płakała ze zmęczenia rano. Tak to już jest z egipskimi dziećmi…podobnie jak z większością dorosłych. Chociaż wiem, że niektórzy chodzą spać wcześnie i wstają o świcie, nawet jeśli nie pracują.

Zazwyczaj, kiedy nie śpię, wieszam wcześnie rano pranie, żeby złapało trochę zimowego słońca. Mam wtedy okazję obserwować budzące się do życia uliczki. W zasięgu wzroku mam forn ( czyli piekarnię ), do której między 6 a 8 ludzie chodzą po świeżutki, przepyszny chleb. Jest to chleb „rządowy”, rozliczany w systemie komputerowym, podobnie jak inne produkty żywnościowe. 20 dużych placków kosztuje 1 egp , czyli 50 groszy. Na 1 osobę w rodzinie przypada 5 chlebków dziennie, co w zupełności wystarcza. Zapach unosi się w powietrzu przez cały ranek. Oprócz tego grupki dziewcząt przechodzą pod naszym domem w drodze do szkoły. Z przyjemnością obserwuję, jak świetnie radzą sobie z muzułmańską modą – obiecuję zdjęcia już wkrótce – mimo, że zakryte szczelnie, nie tracą nic z młodzieńczego wdzięku i atrakcyjnego wyglądu. Zauważyłam, że robią to samo, co ja i większość kobiet – dobierają całe ubranie do chustki. Niektóre z nich noszą długie, ale modne spódnice i fajne bluzki, jeśli mają one krótkie rękawy, pod spód zakładają tak zwane body, czyli obcisłe koszulki z długimi rękawami. Wiele dziewczyn ubiera się bardzo nowocześnie. Zakładają dżinsy rurki oraz duże sportowe buty, a na głowach mają bawełniane chustki o sportowym charakterze. Obowiązkowo wszystkie paradują z telefonami, głośno gadając i chichocząc. Czasem uda mi się coś podsłuchać – dziś na przykład usłyszałam, że Abdelrahman wstawił na facebooku jakieś nowe zdjęcie, które wszystkie oglądały. Więcej nie usłyszę, gdyż rozmowy giną mi wraz z oddalającymi się grupkami dziewczyn.

Młodzież gimnazjalna i licealna żyje tu tak samo, jak wszędzie na świecie, mają podobne sprawy, problemy i zainteresowania. Różnica jest jednak taka, że nie wolno dziewczętom wychodzić wieczorami z domów i chodzić po ulicach z chłopakami czy siedzieć w kawiarniach. Jednak popołudnia to pora, kiedy wracające ze szkół grupki są mieszane – nie wiem dlaczego tak jest, inaczej niż rano, ale chłopaki idą razem z dziewczynami. Wtedy jest naprawdę głośno, panowie szpanują a panny chichoczą, udając zawstydzenie. Wszyscy oczywiście trzymają w rękach swoje telefony. Robią sobie selfie, ale bez dziewczyn, bo gdyby umieścili na facebooku zdjęcie którejś z nich, mieliby zaraz do czynienia z jej ojcem i braćmi oraz wujkami :)

Przeprowadzki ciąg dalszy

Uff….udało się, kierowca zatrzymał autobus, a my wyszliśmy z samochodów i zaczęliśmy nadzorować pakowanie worów z dobytkiem, a kiedy już te zostały zapakowane, Yahia chciał „nadać” jeszcze te większe rzeczy, czyli regały, regaliki i inne meble. Wtedy okazało się , że nie ma tej drugiej taksówki. Po prostu nie przyjechała, choć jechała za nami. Kierowca autobusu oświadczył, że nie będzie czekał na nią, bo pasażerowie się denerwują, i najlepiej będzie, jak my pojedziemy jej poszukać, a on w tym czasie będzie jechał wolno i na pewno go znów dogonimy:-)

Oczywiste już było, że reszta rzeczy pojedzie następnego dnia, ale musieliśmy i tak odnaleźć taksówkę z meblami (osobowa, ale miała prawie wszystko zapakowane na dachu). Kolega stwierdził, że tamten kierowca pewnie się zgubił za nami, bo za szybko jechaliśmy, całkiem o nim zapominając w tym szaleńczym pościgu. Wróciliśmy na przystanek autobusowy, pewni, ze tam właśnie na nas czeka. Niestety, nie było go. Objechaliśmy całe osiedle, wszystkie parkingi i miejsca postojowe. Też nic. Wtedy dotarło do nas, że tamten  kierowca po prostu uprowadził moje meble! Mój ukochany wygodny materac, biblioteczkę robioną na zamówienie, bo chciałam, aby trochę przypominała mi te z Ikei, moje małe komódki….i rurę od odkurzacza, która niebezpiecznie wystawałaby z worków…Yahia zaczął więc rozpytywać taksówkarzy, czy nie widzieli tak zapakowanej taksówki. z meblami na dachu. Owszem, kilku widziało, jak zjeżdżała w boczną uliczkę. Aha, czyli pewnie pojechał gdzieś rozładować i ukryć mój dobytek…Wróciliśmy więc pod mój dom, bo siedzi tam zawsze policjant oraz są zamontowane dwie kamery, które powinny zarejestrować numer boczny taxi. Okazało się, że jedna z kamer nie działa, a druga jest ustawiona tak, że filmuje tylko samochód jakiegoś szefa policji, który tam akurat mieszka. Mój płacz znów się wzmógł, ale łzy już tylko spłukiwały czarne strugi z policzków. Musiałam wyglądać dramatycznie! Teraz się z tego śmieję, ale pamiętam jak byłam wtedy wkurzona, aż w końcu wmówiłam sobie, bo musiałam się jakoś pocieszyć, że widocznie te meble i sprzęty nie są mi pisane i będę miała lepsze.

przeprowadzka

Pilnujący willi swojego szefa policjant okazał się bardzo pomocny i współczujący, gdyż natychmiast zadzwonił gdzieś tam i poinformował (jak się domyślam pobliskie check-pointy) o całym zdarzeniu. Zdążyłam już pójść do domu kompletnie załamana, mając zamiar wypłakać się moim dwóm kotkom, gdy nagle usłyszałam dzikie krzyki dochodzące z zewnątrz. Wybiegłam szybko i zobaczyłam, że nasz porywacz mebli nadjechał, ale bez mebli. W bagażniku miał tylko rurę od odkurzacza, którą mi oczywiście pokornie oddał. Po resztę rzeczy pojechał z rozwścieczonym Yahią, popychany i wyzywany przez policjanta i mojego dormena. Za jakiś czas wszystkie rzeczy wróciły pod dom, a taksówkarz tłumaczył, że po prostu musiał je gdzieś zostawić na przechowanie, bo my mu uciekliśmy i zapewniał, że on by nigdy w życiu niczego nie ukradł. Nie wiem co rzeczywiście zamierzał zrobić, ale się cieszyłam, że wszystko się znalazło. Dotarło do mnie, jak komicznie wyglądałam w całym tym pościgu i że jutro, już jutro, będę jechała autobusem do Mahalli z dwoma kotami oraz z meblami, które tego dnia, uprowadzone bezczelnie, nie zdążyły wyjechać:) Kierowca autobusu oczywiście kategorycznie odmówił zabrania kotów, ale nie z takimi sprawami już sobie w życiu radziłam….

Pogoń za autobusem, czyli przeprowadzki etap pierwszy

Jak już wspominałam, z powodu sytuacji, jaka zaistniała w Sharmie , braku turystów, a co za tym idzie – pracy, postanowiliśmy przeprowadzić się do domu rodzinnego Aymana , do Mahalli, gdzie mamy duże mieszkanie, a mąż stabilną, spokojną pracę w rodzinnej manufakturze krawieckiej.  Mahalla to centrum przemysłu włókienniczego, taka egipska Łódź. Ayman z naszym synkiem został już w Mahalli po tym, jak wspólnie musieliśmy zaliczyć wizytę w polskim konsulacie w Kairze, a ja wróciłam sama na kilka dni do Sharm el Sheikh, aby zobaczyć, jaki będzie rozwój sytuacji w moim hotelu. Okazało się, że lepiej zwijać manatki i wyjechać, niż generować kolejne koszty – wynajem mieszkania, drogie przedszkole i żywność, nie mając pewności, czy uda się zarobić na to wystarczające środki. Wzięłam się więc szybko za organizację transportu naszych rzeczy. Chciałam posłać wszystko do Mahalli dużym samochodem, ale mąż i jego przyjaciel przekonali mnie, że to wyrzucanie pieniędzy w błoto, bo autobus zabierze wszystko na dwie raty. Dobytek gromadzony przez 5 lat, no cóż, spróbujemy… Oprócz ubrań, zabawek, książek, garnków, talerzy i wszelkich akcesoriów kuchennych mieliśmy w Sharmie jeszcze sporo innych gratów: kuchenkę mikrofalowa, regał na książki, komodę, materac, 2 komódki łazienkowo-kuchenne, dywany, ogromne pufy do siedzenia, itp. Pierwszą turę do zabrania spakowałam z pomocą Kasi, która sprawnie oklejała wory taśmą klejącą, podczas, kiedy ja się na nich kładłam, aby ugnieść zawartość. Przyjaciel Aymana, Yahia zdołał tam w końcu wepchnąć nawet odkurzacz dość dużych rozmiarów. Kiedy przyjechała taksówka, aby to wszystko zabrać na dworzec autobusowy, Yahia stwierdził, że lepiej będzie posłać cały dobytek od razu jednym transportem,  bo może autobus weźmie, jak się go ładnie poprosi:-) A ja pojadę kolejnego dnia tylko z naszymi dwoma kotami. Zdecydowaliśmy zatem, że trzeba sprowadzić drugą taksówkę.

Kiedy ostatni wielki wór próbowano podnieść, rozpadł się na pół i wyleciały z niego poduszki, jaśki, pościel, piżamy i kilka zabawek. Kierowca  taksówki poganiał mnie niemiłosiernie, w końcu nakazał to zostawić, grożąc, że spóźnimy się na autobus. Ale to były przecież niezbędne rzeczy i nie mogły zostać w Sharmie. Pobiegłam do domu po taśmę i nożyczki i kleiłam na oślep, tak, że w ogromnym pakunku były prześwitujące dziury, przez które można było obejrzeć jego zawartość. Jednak taśma dała radę. Druga taksówka miała zabrać większe rzeczy, czyli meble. Załadowali ją szybko i pojechaliśmy do dzielnicy Hay el Nour, skąd odjeżdżał autobus do Mahalli. Dojeżdżając do przystanku ujrzeliśmy go w oddali, kiedy już jechał sobie z pasażerami, bez naszego dobytku w lukach bagażowych. Zaczęliśmy go więc gonić, a ja zaczęłam płakać i szlochać tak, że rozmazał mi się cały makijaż. Twarz miałam czarną od spływającego z rzęs tuszu, na głowie czarny powiewający kheemar, czarną spódnicę i gumowe klapki, a w rękach trzymałam tylko nożyczki. W zasadzie była to typowa egipska akcja przeprowadzkowa, więc nikogo po drodze nie powinna ta scena dziwić. Z tego wszystkiego zapomniałam zamknąć na klucz mieszkanie, ale wiedziałam, że nasz dormen (stróż i gospodarz budynku) je przypilnuje.

Gnaliśmy jak szaleni, trąbiąc i migając światłami, ale kierowca autobusu nie chciał się zatrzymać, wręcz przyspieszał, myśląc może, że to napad. W końcu zrównaliśmy się z nim, a ja wychyliłam się przez okno z pomazaną na czarno twarzą, wymachując nożyczkami i dając znaki, aby się zatrzymał.

Polecam artykuł w natemat.pl:

http://ewazarychta.natemat.pl/165387,plazowanie-w-tropikach-szkodliwe-dla-rosyjskich-turystow

Beduińska dzielnica Sharmu – cd.

Row 5

Te smakowicie wyglądające placuszki to ajsz baladi (wiejski chleb), wyjęty prosto z dużego pieca, gorący i pachnący tak, że nie sposób się nie zatrzymać i nie kupić. Dostępny jest  między innymi na Al. Rewisatt, beduińskiej dzielnicy Sharmu, gdzie mieszkają również Egipcjanie nie będący Beduinami oraz spora grupa Europejczyków. Chlebek jest przepyszny, z pełnego przemiału, obsypany otrębami. Można go dostać 24h na dobę na małym stoisku, a piec nazywa się forn. Obok piekarni znajdują się inne, małe sklepiki – z warzywami, spożywcze, a także z bielizną i ubraniami, a na rogu jest kafejka, w której siedzą mężczyźni, najczęściej właściciele wspomnianych już beduińskich samochodów, czekając na pracę.

Row 2

Całe to miejsce jest niezwykle zakurzone, gdyż leży po prostu na pustyni. Pomiędzy pięknymi, majestatycznymi skałami, tak charakterystycznymi dla Synaju. Ulica asfaltowa jest tylko jedna, oczywiście w tragicznym stanie. Wzdłuż niej znajduje się meczet, szkoła, posterunek policji, stragany i sklepiki, chodzą sobie kozy beztrosko becząc i zajadając znalezione smakowite kąski. Biegają bezpańskie psy i koty, każdy znajdzie dla siebie coś do jedzenia i wszystko zdaje się być w naturalnej harmonii. Kobiety chodzą pozasłaniane chustkami lub nikabami, a dzieci często bez butów. Budynki są w stanie opłakanym i wiele domostw wygląda okropnie, są jeszcze niewykończone, bez okien i tynku, ale już zamieszkane. Jest też mnóstwo willi, których widać tylko dach lub kawałek ściany, gdyż są ogrodzone jak prawdziwe warownie. Często zasłonięte blachą założoną na solidne ogrodzenie, które oddziela mieszkańców od brudu i hałasu ulicy. W środku tych posesji jest bardzo prywatny i piękny kawałek świata – jakby wchodziło się do zupełnie innej bajki.

Row 6 Row 7

Na zdjęciu widać willę naszego zaprzyjaźnionego weterynarza, doktora Alberta, który jest znany i szanowany przez wszystkich mieszkańców Sharmu, współpracuje również z naszą fundacją dla zwierząt. Dom składa się z dwóch części – w jednej jest sala operacyjna, rentgen, gabinet, poczekalnia oraz hotelik dla kotów i małych psów, a w drugiej części jest prywatne mieszkanie doktora i jego rodziny. Ogród jest ogromny i sporą jego część zajmują psy – członkowie rodziny weterynarza oraz pieski znajdujące się tymczasowo w hotelu, podczas wyjazdów swoich właścicieli.  Ogród jest piękny. Można siedzieć w nim godzinami i patrzeć na spokojną, niewzruszoną skałę lub urządzać grille i plenerowe spotkania. Jest to teren zupełnie prywatny, pozwalający na swobodne ubranie a nawet jego brak:) To w Egipcie zdarza się niezwykle rzadko, tylko takie właśnie warownie dają całkowity spokój i intymność.

Row 10

Row 9

Dom i jego otoczenie mają swój klimat – drewniane okna, kamienne donice, w środku marmury, które latem zapewniają chłód. Ale najważniejsza jest przestrzeń i komfort, jaki daje tak duża, solidnie ogrodzona powierzchnia. Takich willi jest mnóstwo, należą głównie do Włochów i Brytyjczyków, często czekają na najemców, urządzone ze smakiem i w prawdziwie arabskim stylu.  Miejsce to jest bardzo atrakcyjne, jeśli tylko polubi się choć trochę zapach wielbłądów i zakurzone ulice. Jeśli zamiast pompowanego pieczywa z supermarketu chętniej kupujemy gorący, wiejski chleb z  „fornu” , jeśli ciekawią nas tajemnicze oczy Beduinów, a nasza pewność siebie jest już na tyle rozwinięta, że potrafimy bez problemu poruszać się wśród nich (najlepiej w jak najbardziej zasłaniającym stroju), to możemy zamieszkać na Al. Rewisatt, a w ogrodzie trzymać psy, koty, a nawet kozy. Turystom – miłośnikom folkloru, polecam to miejsce do odwiedzenia i bardzo dyskretnego zrobienia kilku zdjęć.

kozy

Troskliwa Gege – ciąg dalszy

Telefon z urzędu pracy trochę mnie zaniepokoił, bo nie miałam pojęcia, o jakie wyjaśnienia chodzi. Pojechałam tam następnego dnia w towarzystwie jednego z pracowników, który pełnił rolę tłumacza arabsko-angielskiego, jako że w tym urzędzie po angielsku się nie mówi. Kierownik urzędu poprosił o mój paszport, spisał dane personalne i sprawdził, jaką mam wizę i do kiedy ważną. Następnie spytał Hossama, który był ze mną, czy pracuje u mnie, jaka to firma i czy firma jest zarejestrowana w Egipcie. Rozumiałam wszystko, o czym po arabsku rozmawiali. Kiedy urzędnik spytał go, czy ja jestem chrześcijanką, w lot zrozumiałam nie tylko samo pytanie, ale i cały kontekst sytuacji. Było oczywiste, że ktoś złożył donos, że nie mam właściwej wizy, nie ma żadnej firmy, wszyscy pracują „na czarno” a właścicielka chrześcijanka nie płaci pracownikom muzułmanom za ich niewolniczą pracę i jeszcze do tego z pogardą wyraża się o władzach egipskich i samym islamie jako religii. Urzędnik mówił o tym bardzo spokojnie i z widocznym niedowierzaniem, więc i ja też się nie dałam ponieść nerwom. Odpowiedziałam na zarzuty sama, swoim łamanym arabskim, że to wszystko nieprawda i że ktoś chciał mi zrobić duży problem. Kiwając głową ze zrozumieniem przyznał rację, że ktoś chciał narobić problemów, ale mimo to musi poprosić o przyniesienie dokumentów firmy, czyli w naszym przypadku wypisu z egipskiego KRS-u. Ja na to, że proszę bardzo, córka jutro wszystko przyniesie, bo dokumenty są u niej w sejfie i ona mieszka tu bardzo blisko urzędu. Wyszliśmy, grzecznie się żegnając, zadowoleni że jakoś do więzienia mnie nie wtrącono:-)

Nazajutrz Monika, którą dokładnie o wszystkim poinformowałam, odegrała scenę, jak najlepsza aktorka z egipskiego serialu telewizyjnego. Wparowała do kierownika urzędu w towarzystwie swojego męża Aymana, ubrana w hidżab i z maleńkim Mahmoudkiem na ręku. Już od progu zaczęła wrzeszczeć dramatycznym głosem, oczywiście po arabsku:

- Kto źle mówi o islamie? – Kto źle traktuje muzułmanów, ja czy moja mama? – Kogo źle traktuję? – Samą siebie, czy moje dziecko? – lamentowała kładąc niemowlę na biurku urzędnika.

Ten zaczął przepraszać, że on musiał sprawdzić, ponieważ oficjalnie był donos, ale i tak przypuszczał, że to wszystko zmyślone, bo osoba, która na nas doniosła wydawała się mało wiarygodna.

- My wiemy, kto to doniósł! – Jaka z niej muzułmanka?! – W chustce była? – krzyczała dalej Monika, aż dziecko zaczęło płakać. – Ci, co tak kłamią będą pić wrzątek w piekle! W Koranie tak napisane!

Wzięła płaczące dziecko  z biurka na ręce i wyszła. Ayman zamienił jeszcze kilka zdań z urzędnikiem, odebrał paszport swojej żony i dokumenty firmy i również wyszedł, poklepując się z kierownikiem po ramieniu na pożegnanie.

- Nic się nie stało, proszę uspokoić żonę.

Po dziewięciu, czy dziesięciu miesiącach od tamtego wydarzenia, dzwoni do mnie Gege z innego numeru telefonu, niż miała wcześniej.

- Pani Ewo, tu Gege. – Dzwonię, żeby przeprosić za to, co się stało latem zeszłego roku. – Ja nie chciałam, żeby tak wyszło, ale jeden zły człowiek namówił mnie, żebym poszła wtedy do tego urzędu. – Allah go za to na pewno ukarze.

- To bardzo miło z twojej strony Gege, że dzwonisz mnie przeprosić. – Zawsze bardzo cię lubiłam i nie mogłam uwierzyć, że sama byś coś takiego wymyśliła, – odpowiadam. – Na drugi raz nie słuchaj tego, co ci radzą źli ludzie, – dodaję. – Jesteś inteligentną kobietą, masz swój rozum i zawsze zastanów się przez chwilę, co robisz i jakie będą tego skutki.

- Ale przebacza mi pani?

- Przebaczam i już dawno o tym zapomniałam. – Życzę ci wszystkiego dobrego Gege.

- A mogę wrócić do pracy?

- Niestety, już od dawna mamy kogoś innego na twoim miejscu.

Po tym wydarzeniu niektórzy złośliwie komentowali, że przejście Moniki na islam było czysto koniunkturalnym posunięciem, żeby łatwiej nam było załatwiać sprawy w urzędach…

Ten, który zawiódł najbardziej…… część 3

Byłam pewna, że jeszcze jeden czek aktywny powinien być w książeczce. I to właśnie ten czek podpisany już przeze mnie. Już z płaczem dzwonię do zięcia i mówię mu o tym. Ayman każe mi natychmiast jechać do banku i wypłacić wszystkie pieniądze z tego konta. Jeśli jeszcze są…. . Była 16.50, więc wpadam do banku w ostatniej chwili, jak już ochrona zasuwa metalową roletę w drzwiach. Ochroniarz mówi mi, żebym przyszła jutro, ale ja nie daję za wygraną i wołam głośno tego samego bankowca, który wcześniej podał mi numery wszystkich czeków. Pomocny pan Tarek (ten ma jedną żonę, w przeciwieństwie do tego Tareka, który reklamuje multi – room w telewizji) każe ochroniarzowi wpuścić mnie do środka i wypłaca mi wszystkie pieniądze z firmowego konta. Informuje mnie również, że muszę odzyskać ukradziony czek lub natychmiast jechać na policję złożyć raport o kradzieży czeku. Jeśli Essam przyjdzie zrealizować czek następnego dnia rano, co było bardzo prawdopodobne, i odkryje, że konto jest puste, to on wówczas pójdzie zameldować na policję, że wystawiłam mu czek bez pokrycia i to ja będę miała kolejne kłopoty. Nie mogłam pozwolić sobie na przełożenie lotu do Polski, bo był to ostatni lot przed Bożym Narodzeniem. Chciałam i musiałam lecieć. – Co robić?, zastanawiałam się.

WP_20140708_001

 

Ayman z kilkoma naszymi pracownikami obiecuje zająć się skutecznie odzyskaniem skradzionego czeku, a ja jadę się pakować, żeby zdążyć na odprawę na lotnisko. Monika zapewnia mnie:

- Mamo, leć spokojnie i zostaw nam tę sprawę. – Na pewno nie odpuścimy. – To jest po prostu zwyczajne bandyckie przestępstwo, a policja działa tu skutecznie, więc się nie martw.

Odprawiłam się na lot do Warszawy jako ostatnia pasażerka i już Egipcjanin przy check in patrzył na mnie z surową miną.

- Co tak późno? – pyta. – W zasadzie to już za późno.

Nie wiem, czy żartuje, czy mówi prawdę, ale ja zdecydowanie nie byłam w nastroju do żartów. Zastosowałam więc stary chwyt, na który wiedziałam, że się złapie.

- Wnuczek mój malutki, Mahmoudek, spał i córka musiała czekać, aż się obudzi, żeby przywieźć mnie na lotnisko, – tłumaczę się po arabsku, używając języka w stylu „Kali mieć krowę”. Pokazuję mu szybko zdjęcie Mahmoudka  na moich rękach, zrobione podczas jego pierwszych urodzin. Obok na zdjęciu Ayman, czyli tata mojego wnuczka i Monika w chustce na głowie. Mam to zdjęcie w telefonie i już wiele razy je prezentowałam, co okazywało się ważniejsze od tego, czy mam w ogóle paszport.

- Aaaaa! to wnuczek jest Egipcjaninem, muzułmaninem, – odpowiada też po arabsku, uśmiechając się już ze zrozumieniem i wręczając mi kartę pokładową z miejscem w pierwszym rzędzie. – Miłego lotu. – I proszę szybko wracać do wnuczka.

Kiedy stałam przy stanowisku check in, a odprawiającemu mnie pracownikowi przestało się spieszyć, widziałam, że raz po raz dzwoni do mnie Monika. Oddzwaniam do niej w pierwszej wolnej chwili i słyszę:

- Mamo, zadzwoniłam do niego i powiedziałam mu, że czekam na czek do 22.00. Jak go nie odda, to zaraz potem pojadę na policję, ale jak będę musiała wlec ze sobą śpiące dziecko i siedzieć na komendzie kilka godzin, to nie darmo. – Nie wyjdę stamtąd, aż zobaczę, jak policjanci przywiozą go w kajdankach. – A jutro jeszcze zadzwonię do polskiego konsula w Kairze i powiem, że okradł Polaków, to już nigdy nie dostanie wizy do Polski (i tym samym do Europy). – Napiszę oficjalny raport do Konsulatu w tej sprawie. – Jak tylko będę coś wiedziała, to dam ci znać.

Siedząc już w kabinie pasażerskiej wyłączyłam telefon. Głowa mi pękała i po raz kolejny zastanawiałam się, czy jestem w realu, czy znów wyszłam z kina i film jeszcze mnie trzyma. Nie było mowy o spaniu, więc kupiłam u stewardessy małą buteleczkę wina i orzeszki ziemne Felix i gapiłam się w czarne niebo za oknem samolotu, usiłując choć trochę się uspokoić. O 2.30 w nocy, po wylądowaniu w Warszawie, włączyłam natychmiast telefon. Jest sms od Moniki: – Przywiózł czek o 1.00 w nocy do jednego z naszych pracowników. Czek był już wypełniony, dokładnie na taką kwotę, jaką wypłaciłaś wczoraj z banku.” Czy to przypadek?

Ewa Zarychta

 

Ten, który zawiódł najbardziej….. część 2

Essam został zwolniony z pracy w trybie natychmiastowym i pozbawiony możliwości przebywania w którymkolwiek z miejsc, gdzie pracowała nasza firma. Nie przełknął tego łatwo. Rzucał się, miotał i odgrażał, aż w obawie, że rzeczywiście wyrządzi mi krzywdę, złożyłam raport na policji. Dokonując końcowych rozliczeń finansowych w obecności bezstronnych świadków, specjalnie powołanych na tę okoliczność, zupełnie zapomniałam poprosić o zwrot powierzonej Essamowi wcześniej bankowej książeczki czekowej. Przypomniałam sobie o tym już z miesiąc chyba po naszym burzliwym rozstaniu, w przeddzień mojego wylotu do Polski na Boże Narodzenie. Nie było czasu na pertraktacje, konwenanse, mediatorów i inne egipskie skomplikowane gry „w podchody”. Dzwonię do niego, choć nie rozmawialiśmy ze sobą już od dawna i mówię wprost:

- Essam, proszę natychmiast oddać mi książeczkę czekową.

- Dobrze. Będę jutro (w Egipcie „natychmiast” to znaczy „bukra” czyli jutro) około godz. 14.00 w Nabqu, to ją oddam, – odpowiedział uprzejmie, więc znów zaufałam mu, wierząc że tak zrobi.

- Tylko proszę, żeby to nie było później niż o 14.00, bo o 20.00 muszę już być na lotnisku, a mam jeszcze dużo spraw do załatwienia przed odlotem, – tłumaczę.

Po tej rozmowie, następnego dnia rano, tknięta przeczuciem, że jednak nie odda tej książeczki, już o 10.00 pojechałam do banku, prosząc o jej zablokowanie.

- Nie możemy tak po prostu zablokować czeków na pani wniosek, – mówi urzędnik w banku. – Musi pani jechać na główny komisariat policji i złożyć oświadczenie o zaginięciu lub kradzieży książeczki czekowej i z kopią tego oświadczenia, podstemplowaną przez policję, przyjechać do nas do banku jeszcze raz.

- To niemożliwe do wykonania. Wylatuję wieczorem do Polski, główny komisariat jest 50 km stąd i wiem, ile godzin tam trzeba spędzić, żeby cokolwiek załatwić. – Jeszcze wszystko trzeba tłumaczyć z języka angielskiego na arabski, a potem znów na angielski. Już kiedyś byłam na policji, wiem jak to wygląda. To niewykonalne przed moim odlotem, – tłumaczę. – W Europie można zablokować czeki i karty przez telefon, – dodaję zdenerwowana.

- Ale tu jest Arab-African Bank w Egipcie i mamy inne procedury niż w Europie, – wyjaśnia bankowiec. – Jak pani nie dostanie książeczki przed swoim odlotem do Polski, to na policji może złożyć oświadczenie pani córka. Też ma do tego prawo, – doradza mi, sprawdzając jednocześnie w papierach firmy, których kopia jest w banku, czy rzeczywiście tak jest. – Musicie panie znać ilość i numery czeków, które chcecie zablokować. Zaraz to wydrukuję.

Muszę przyznać, że w tym momencie bankowiec zaskoczył mnie swoim profesjonalizmem i przeszła mi cała złość na niego i egipski system bankowy. Facet ma rację! Przecież ja nawet nie miałam pojęcia, ile czeków trzeba zablokować!

- Przepraszam, – wybąkałam ze skruchą. – Proszę mnie zrozumieć.

- Ależ rozumiem panią doskonale i staram się pomóc. – Proszę, tu są wszystkie potrzebne informacje, – powiedział podając mi wydruk z komputera. – Książeczka była wydana z 24 czekami, dwa z nich zostały już wcześniej zrealizowane (podał mi daty, kwoty – wszystko się zgadzało), więc powinno być jeszcze 22 aktywne czeki, z takimi to a takimi numerami.

Wyszłam z banku i zajęłam się załatwianiem całej listy spraw, które musiałam domknąć przed wylotem z Egiptu i zakończeniem roku. Co chwila zerkałam na zegarek. O 14.30 do akcji wkroczył mój zięć Ayman, większość naszego męskiego personelu i wszyscy zaprzyjaźnieni Egipcjanie, którzy byli w tym czasie w Sharm el Sheikh. Telefony rozgrzane były do czerwoności. Mnie powiedziano, że mam się już nie wtrącać. Tu mężczyźni załatwiają takie sprawy między sobą. Dziwnie podejrzane wydawało mi się jednak, że rozmawiają ze sobą ściszonymi, spokojnymi głosami, a nie wrzeszcząc i przekrzykując się nawzajem, jak to zwykle robią.

- Mam nadzieję, że nie poleje się krew, – wtrąciłam całkiem poważnie, bo coś mi się wydawało, że umawiają się z jakimiś Beduinami na wsparcie.

- Nie, – zapewnił mnie Abdullah (znany zawodnik MMA w Egipcie), który objął stanowisko po zwolnionym Essamie. – Zaraz go znajdziemy i grzecznie odda książeczkę.

Już dość duża grupa mężczyzn pakowała się do samochodów, żeby jechać „na akcję”, gdy zadzwonił nasz pracownik z innego hotelu z informacją, że jest książeczka. Została zwrócona. Gdyby nie instrukcje urzędnika w banku, z pewnością odetchnęłabym już z ulgą i pojechała się wreszcie pakować. Ale będąc już świadoma tego, że rzeczywiście najbardziej mogę liczyć na siebie, pojechałam osobiście sprawdzić, czy wszystko się zgadza. Liczę czeki w książeczce i już zaczynam nie dowierzać sama sobie. Czy ja na pewno umiem liczyć do dwudziestu dwóch? Tyle miało być czeków w książeczce. Jest 21! Wyciągam z torebki wydruk z banku i sprawdzam numery. Czek po czeku. Jednego brakuje! …..(c.d.n.)

Ten, który zawiódł najbardziej….

Kiedy zaczynałyśmy naszą działalność w Egipcie, właściciel jednego z hoteli, z którymi współpracujemy, zagadnął w miłej, półprywatnej rozmowie podczas służbowego obiadu.

- Dam ci radę, którą musisz wziąć sobie do serca, żeby tu w Egipcie przetrwać.

Spojrzałam pytająco i cała zamieniłam się w słuch. W Egipcie wszyscy wszystkim udzielają rad (Monika już o tym też pisała), ale często warto ich wysłuchać, bo znają lepiej tamtejsze realia niż przybysz z Europy.

- Nie możesz nikomu tu ufać, z wyjątkiem jednej osoby, – powiedział mentorskim tonem.

Byłam przekonana, że ma na myśli siebie, ale boss szybko wyjaśnił:

- Zawsze licz tylko na siebie, nigdy nikomu nie ufaj, choćby sprawiał jak najlepsze wrażenie. – Ufaj tylko sobie. – Kiedyś podziękujesz mi za tę radę.

Wyszłam z hotelowej restauracji (obiad nie był na koszt podatników:-) nie mogąc się pogodzić z tym, co mi powiedział. – Jak można żyć w takiej nieufności do wszystkich wokół? – biłam się z myślami. – Jak można cokolwiek robić z takim nastawieniem do ludzi? – To znaczy, że jemu też mam nie ufać? Filozofia, którą wyznaję uczy, że wszyscy na świecie jesteśmy jedną wielką rodziną, że powinniśmy się szanować, kochać i pomagać sobie bezinteresownie. Do tej pory dawałam kredyt zaufania każdemu, kogo spotkałam. Inna rzecz, że później wiele razy połykałam gorzkie łzy rozczarowania. Uparcie jednak uważam, że takie podejście do ludzi daje mi więcej poczucia szczęścia i satysfakcji z różnych przedsięwzięć.

Życie jednak wciąż daje nam możliwości uczenia się na własnych doświadczeniach. Najdotkliwiej przekonałam się o tym dostając lekcję od osoby, której najbardziej ufałam przez 3 lata wspólnej pracy. Essam był nie tylko moim pracownikiem. On i jego żona Polka, którą przywiozłam ze sobą do pracy w Egipcie, byli dla mnie jak zaadoptowana na obczyźnie rodzina. Egipskim zwyczajem pełniłam rolę swatki w ich małżeństwie i byłam obecna na ich weselu w Polsce. Opiekowałam się nimi, pełniłam funkcję mediatora w kłótniach małżeńskich, a nade wszystko wspierałam ich zawodową karierę. Inteligentny i pracowity Essam szybko wspiął się na sam szczyt firmowej drabiny i dostał funkcję menadżera w jednej z naszych placówek już po kilku miesiącach pracy. Sprawiał wrażenie rzetelnej i oddanej osoby. Ufałam mu coraz bardziej. Dowodem bezgranicznego zaufania z mojej strony było powierzenie mu naszej bankowej książeczki czekowej z ważnymi, podpisanymi przeze mnie czekami in blanco. Tak na wszelki wypadek, gdyby musiał wypłacić pieniądze na bieżącą działalność firmy, ja byłabym akurat w Polsce, a Monika zajęta przy małym dziecku. I rzeczywiście, kiedyś taka sytuacja miała miejsce. Nasza relacja zawodowa rozwijałaby się pewnie gładko dalej, gdyby nie niecierpliwość Essama w dążeniu do osiągnięcia starannie zaplanowanego celu. No i pazerność. Na władzę i pieniądze. Otóż menadżer, poczuwszy się pewnie na swoim stanowisku, doszedł do wniosku, że już wystarczająco swoją niewolniczą pracą (sam to tak określił) napełnił kieszenie pracodawcy. O tym, że swoje napełnił – zapomniał. Uznał, że wie już wszystko, co trzeba, żeby samemu prowadzić firmę i nie będzie się dłużej wysługiwał obcemu. Sam będzie bossem i sam będzie o wszystkim decydował. Dało się zauważyć, jaki błogi uśmiech pojawiał się na jego twarzy, gdy pracownicy zwracali się do niego captain Essam. Po prostu bezczelnie z dnia na dzień przejął zarządzanie firmą, kompletnie ignorując moje decyzje personalne i finansowe. Nie tylko wspiął się na górę po moich plecach, ale jeszcze zaczął „skakać mi po głowie”. Gdy doszło z jego strony do sabotażowych działań mających na celu doprowadzenie firmy do upadku i przejęcie kontraktów, postanowiłam zadziałać natychmiast. Tak, jak on. Z dnia na dzień. (c.d.n.)

Ewa Zarychta

Jazda autem bez trzymanki

Jazda samochodem w Egipcie polega na tym, żeby przemieścić się z miejsca na miejsce i nie dać się zabić. I nie dać sobie rozwalić doszczętnie samochodu. Nie istnieją żadne zasady poruszania się po drogach. Wszyscy kierowcy łamią wszystkie przepisy, które według nas, Europejczyków, powinny mieć zastosowanie. Nikt prawie nie używa kierunkowskazów, nie tylko zmieniając pas ruchu, omijając, wyprzedzając, itp., ale również skręcając w inną ulicę (w lewo także, jak najbardziej!), czy włączając się do ruchu. Nie używa się także lusterek wstecznych. Nie ma znaczenia, czy ktoś właśnie nadjeżdża z tyłu. Będzie musiał zahamować, jak nagle przed niego wyjadę. A jak się nie wyrobi, to będzie stłuczka.

Dziewczyna z naszej firmy przyszła we wtorek do pracy z wybitymi dwoma przednimi zębami: jedynką i dwójką.

- Boże, co się stało?! – pytam. – Ktoś cię pobił?

- Nie, nikt mnie nie pobił. – Busik gwałtownie zahamował, wszyscy polecieli do przodu a ja uderzyłam twarzą o metalową ramę oparcia siedzenia przede mną, – opowiada.

Wzięła zaliczkę pensji i poszła do dentysty.

Większość kierowców nie używa też wyobraźni. Wiedząc, jak każdy jeździ, nie potrafią przewidzieć sytuacji, w których na 100% dojdzie do wypadku. I dochodzi. Wypadków jest mnóstwo (nie tylko drogowych), w tym duży odsetek śmiertelnych. Średnią długość życia wśród mężczyzn zaniżają właśnie ci, którzy giną w wypadkach. Prawo jazdy Egipcjanin dostaje bez problemu. Zapisuje się na kurs, na który wcale nie musi chodzić, ważne, że zapłaci i potem zgłasza się na egzamin. Praktyczny. Bo teorii na egzaminie nie ma. Co miałoby stanowić tę teorię, jak nie ma przepisów. Egzamin praktyczny polega na tym, że egzaminator patrzy, czy kandydat na kierowcę ruszy autem z miejsca i odjedzie. Jak odjechał, to znaczy, że zdał.

Żeby nie dać się zabić i nie dać sobie zniszczyć samochodu (jeśli ci na tym zależy), trzeba być czujnym i cały czas się skradać. Najlepiej ustępować drogi tym wszystkim kamikadze. Nie przypominam sobie, żebym widziała tu jakieś znaki drogowe, poza tymi ograniczającymi prędkość. I tak nikt ich nie przestrzega. Ale i prawda jest taka, że często ustawiane są kompletnie bez sensu. Obwodnica Sharm el Sheikh to szeroka dwupasmówka prowadząca przez pustynię, czyli teren niezabudowany. W środku pas wyschniętej „zieleni”, po obu stronach chodnik dla pieszych, którym nikt nigdy nie chodzi, bo i gdzie miałby tamtędy iść? Nawierzchnia jest wyjątkowo dobra, jak na Egipt. Cały czas jest ograniczenie prędkości do 60 km/godz. Znaki ustawione są mniej więcej co kilometr, ale między znakami nie ma żadnych dróg dojazdowych, żeby kierowca wjechawszy na tę obwodnicę, musiał się o tym ograniczeniu dowiedzieć. Mimo ciągłego przypominania o tych 60 km/godz. każdy pędzi tam „do dechy”. Jadąc z prędkością 100 km/godz. jest się uważanym za idiotę. Wszyscy wyprzedzają z ironicznym uśmiechem na twarzy.

Ale już szczytem wszystkiego jest jeżdżenie po zmroku. Albo jeżdżą w ogóle bez świateł, nawet tam, gdzie nie ma latarni, albo na długich, oślepiając bezlitośnie innych kierowców i również pieszych, którzy w tym amoku idą przed siebie, jak w szturmowym natarciu na wroga. Każde wejście pieszego na jezdnię, to wymuszanie hamowania na kierowcy. Inaczej nie przeszedłby na drugą stronę ulicy, bo przejścia dla pieszych też nie istnieją.

Ewa Z.

Czy wszyscy Egipcjanie kłamią?

Nie wszyscy Egipcjanie kłamią, ale na palcach jednej ręki mogę policzyć tych, których znam i co do których jestem pewna, że mnie nie okłamali. A znam tam już mnóstwo osób. Pięć lat temu pojechałam po raz pierwszy w życiu do Kairu, na spotkanie z właścicielem dużego hotelu w Sharm el Sheikh, aby ustalić z nim warunki wynajęcia w tym hotelu pomieszczeń na prowadzenie działalności w branży SPA. Po owocnej i konkretnej rozmowie, zostało mi jeszcze trochę czasu, który postanowiłam wykorzystać na zobaczenie chociażby piramid. Koleżanka, mieszkająca i pracująca od wielu lat w Egipcie Polka, dołączyła mnie do małej grupy polskich turystów, którzy zmierzali właśnie w stronę Gizy, czyli do piramid i Sfinksa. Przewodnikiem tej grupki po Kairze był Mirek, znawca i wielki miłośnik Egiptu, również już od wielu lat mieszkający tam ze swoją rodziną. Pięknie opowiadał o historii tego kraju, miejscach wartych odwiedzenia, kulturze, tradycjach, zwyczajach i ludziach. O Egipcjanach mówił z szacunkiem, ale powiedział jedno zdanie, które mnie zmroziło: Egipcjanin mówi prawdę tylko wtedy, jak się pomyli. Wszyscy uznali to za dowcip, ale ja się przestraszyłam nie na żarty. To co ja tu w takim razie robię? – myślałam. Z natury jestem osobą obdarzającą wszystkich dużym zaufaniem już na wstępie, ale dostałam wiele bolesnych lekcji. Niektóre z nich odbijają mi się czkawką jeszcze do dziś. W tym, co wówczas powiedział Mirek, było dużo racji. Większość z nich kłamie. Kłamią w różny sposób i różne chcą osiągnąć przez to różne cele. Niektóre kłamstwa są ukartowane, perfidne i do tego notoryczne. Mają daleko idące konsekwencje. Niektóre są mniej szkodliwe, często głupie, trochę dziecinne i popełnione jakby przez pomyłkę, może nawet bez potrzeby osiągnięcia jakiegokolwiek celu. Albo może cel jest taki, żeby nie wyjść z wprawy. Czasami autorzy tych kłamstw robią wrażenie, jakby sami wierzyli w to, co mówią albo uważali, że kłamstwo nie jest niczym szkodliwym. Opiszemy kilka przypadków tych najbardziej nieodpowiedzialnych kłamliwych zachowań, głównie na styku relacji damsko-męskich.

Na szczęście, po gruntownej i długotrwałej selekcji, udało nam się zgromadzić wokół siebie garstkę Egipcjan, którzy nas do tej pory nie zawiedli i którym możemy wierzyć. Przecież nie można żyć nie ufając nikomu….choć najczęściej słyszaną przestrogą dla cudzoziemców w Egipcie jest właśnie ta, żeby nikomu nie ufać.

Ewa Z.